Alpbach, czyli mała wioska z nagrodami

09/02/2010, wtorek

„Najlepszy kameralny ośrodek narciarski w Europie” wedle brytyjskiego magazynu „The Good Skiing” (i nawiązujący do prestiżu Hollywood tytuł „Białego Oskara”);  pierwsza lokata w kategorii „Małe, ale doskonałe” „Atlasu narciarskiego ADAC” na rok 2009; miejsce w czołówce rankingu „Urokliwe miejscowości narciarskie” szwedzkiego magazynu „Aka Skidor” i wreszcie laur „Najpiękniejszej wioski Austrii” nadany przez samych rodaków – to tytuły, którymi w ostatnich latach została obsypana niewielka wioska Alpbach w austriackim Tyrolu. Nie wszystkie zresztą – Alpbach w letnim wydaniu uznano chociażby za najpiękniej ukwieconą miejscowość tamtejszych Alp.

 Alpbach

W Polsce tymczasem jest niemal nieznana, pomimo że dojechać do niej można łatwo, bezpiecznie i szybko – leży ledwie 140 km za Monachium, a 60 km przed Innsbruckiem (choć z drugiej strony podczas czterech dni, jakie miałem okazję spędzić tam w minionym  tygodniu, z 2-3 razy usłyszałem ojczystą mowę).

A i nastrój panujący w Alpbach powinien niektórym przynajmniej Polakom odpowiadać. Życie toczy się tu jakby wolniej, by nie rzec: sennie. Gospodarze są wobec gości autentycznie życzliwi, a nie zdawkowo uprzejmi.

Nie ma mowy o jakichkolwiek blokowiskach – nawet największe i najnowsze hotele są doskonale wpasowane w krajobraz i idealnie komponują się z pozostałymi budynkami wioski (jak zdradził mi Michael Mairhofer z Alpbachtal Seenland Tourismus, miejscowi ustalili, że domy w wiosce mogą mieć najwyżej trzy piętra, muszą być wykończone drewnem i mieć… balkony).

I dobrze: bo te najstarsze zabudowania miewają tam ponad 400 lat (pierwsze zapisy o wiosce pochodzą z 1150 r.)! Niektóre gasthofy nad drzwiami dumnie eksponują daty powstania budynku: a to 1608, a to 1634. Romantikhotel proponuje nawet pokój, w którym zachowano wystrój pochodzący ponoć z okolic XV czy XVI w. („Jest dość ciemny, lecz piękny” – zachwala Michael Mairhofer).

Ba, w Alpbach rzadkością są nawet dyskoteki – wieczory spędza się raczej na kolacjach w gasthofach bądź przy piwie i sznapsach w lokalnych barach, gdzie ucztują i miejscowi, i goście (oraz instruktorzy trzech tamtejszych szkółek narciarsko-snowboardowych).

Nieco staromodna jest nawet infrastruktura na stokach głównego tamtejszego obszaru zjazdowego na północnych zboczach Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.). Ok. 50 km tras (położonych między 600 a 2025 m n.p.m) obsługuje 21 wyciągów (3 gondole, 5 krzesełek plus orczyki i talerzyki). Urządzenia pochodzą głównie z lat 80. – nie ma więc w Alpbach podgrzewanych siedzeń wyciągów krzesełkowych czy ruchomych schodów na perony gondolek, stanowiących już standard w topowych stacjach.

Lecz przecież wielu narciarzy (a i niektórych snowboardzistów) uważa takie udogodnienia za fanaberie czy przejaw wygodnictwa niegodnego ludzi gór. Wolą chociażby, jeśli zamiast wszechobecnych słupów wyciągów, gdzieś na stoku stoi stara bacówka czy chata (a w Inneralpbach, jednej z wiosek doliny w niektórych z nich można nawet zanocować – w dość spartańskich warunkach, lecz to tylko dodaje smaku przygodzie). Nie mówiąc już o możliwości pojeżdżenia poza wytyczonymi trasami – a i to zapewnia Alpbachtal, bo terenów do łatwego i stosunkowo bezpiecznego freeride’u jest tam sporo.

Próbkę takiej właśnie atmosfery można zobaczyć m.in. na filmie i zdjęciach autorstwa uczestników wyprawy SnowTour Austria 2010, którzy byli w Alpbach dosłownie dzień przed moim przyjazdem.

A jeszcze trzeba do tego dodać szczególne warunki i atrakcje, jakie Alpbach oferuje uczącym się narciarstwa i snowboardu dzieciom. Wkrótce napiszę o tym więcej.

Zimowe rozrywki twardych ludzi

07/02/2010, niedziela

Najlepsi na pokonanie ok. 180 km przełajowej trasy potrzebowali 27 godzin. A biegła ona zwykle w głębokim śniegu, oni zaś tylko na niektórych odcinkach mogli używać nart. Zakończony w Olsztynku w nocy z soboty na niedzielę „Timex: Zimowy Rajd 360 Stopni” to bowiem tzw. adventure racing, czyli wyścig przygodowy – nowa, lecz zyskująca w Polsce coraz większą popularność, dyscyplina sportu.

Gigantyczny dystant podzielony był na etapy – i na każdym z nich zawodnicy musieli poruszać się w inny sposób, bez przerw na sen i dłuższy odpoczynek. Jechali więc na rowerach (najczęściej właśnie w kopnym śniegu) i na nartach biegowych. Mieli też ścigać się na łyżwach (po jeziorze), lecz obfite opady spowodowały, że z tej konkurencji trzeba było zrezygnować. Niektóre odcinki pokonywali również na piechotę (taki trekking liczył 36 km). Był również bieg na orientację. A jako dodatkowe utrudnienie: zadania linowo-wspinaczkowe oraz łamigłówki logiczne.

Ruszyli w piątek o dziesiątej wieczorem z rynku w Olsztynku (starterem był sam burmistrz miasteczka, p. Mirosław Stegienko). Jako że tej zimy dopisał tam nie tylko śnieg, ale i mróz, termometry pokazywały wtedy – 9 stopni Celsjusza. Tyle tylko, że wiał silny wiatr, więc faktycznie istotna temperatura odczuwalna wynosiła ok. – 22 stopnie.

Do zawodów stanęły 23 zespoły  (konkurencja z założenia ma charakter drużynowy). 6 z nich zdecydowało się na dystans klasyczny, a 17 – na trasę, którą organizatorzy określili mianem „dla początkujących”. Schemat konkurencji był na niej identyczny jak na tej głównej, tyle że dystans do przebycia miał być mniejszy, bo liczył… 120 km.

To już kolejna impreza zorganizowana przez grupę polskich miłośników adventure racing, zrzeszonych w Stowarzyszeniu 360 Stopni. W poprzednich edycjach zabawy udział wzięło m.in. wielu znanych sportowców: snowboardzista Mateusz Ligocki, żeglarz Rafał Szukiel czy windsurfingowiec Przemysław Miarczyński. Ale oczywiście większość uczestników to amatorzy-zapaleńcy.

Tej zimy trasę 120 km najszybciej – w 16 godzin i 18 minut – pokonał zespół pod wdzięczną nazwą Bolek i Lolek, czyli Piotr Paszyński i Maciej Marsjanek. Na 180 km najlepsza była ekipa Entre.pl w składzie: Joanna Garlewicz (tak, tak, bo i dziewczyny startowały) Szymon Ławecki, Paweł Janiak, Marcin Zdziebło. Ale gratulacje należą się naturalnie wszystkim uczestnikom Zimowego Rajdu 360 Stopni’ 2010.

 Na mecie (fot. Dariusz Urbanowicz)

Szczegółową relację (i zdjęcia) ze zmagań można znaleźć na stronie Team 360 Stopni.

Już teraz planowane są następne wyścigi z przygodami – tyle że już w letniej scenerii: zawody miejskie w Gliwicach (8-9 maja) oraz długi rajd górski w okolicach Jeleniej Góry (3-6 czerwca). Nad kondycją trzeba chyba zacząć pracować już teraz – zwłaszcza, że zima jest do tego okresem idealnym.

Wygraj swoją zimę

05/02/2010, piątek

Pełnia sezonu (wyjątkiem jest niestety wciąż zamknięty z powodu niedostatecznej pokrywy śniegu Kocioł Goryczkowy Kasprowego Wierchu) to także szczyt sezonu na rozmaite konkursy, ogłaszane przez firmy związane z zimowym wypoczynkiem.

Dwa przykłady. Aktualne!

ANTYRADIO 94 FM wespół z Austria Info proponują walentynkową zabawę pod hasłem „Przeleć się z Antyradiem!”. Wzywają: „Pasujecie do siebie jak ulał? Znacie się na wylot? Wygrajcie przelot i cudowny pobyt w austriackich Alpach!. Wystarczy wysłać SMS na numer 7123 z uzasadnieniem, dlaczego to właśnie Wy powinniście się przelecieć” (koszt SMS – 1,22 zł z VAT). SMS można wysłać codziennie między w godz. 13 do 16 – aż d0 12 lutego.

Nagrodą główną dla dwóch zwycięskich par jest przelot z Warszawy do Innsbrucka oraz transport luksusową limuzyną do znanej tyrolskiej stacji Sölden (dwa lodowce, miejsce corocznych inauguracyjnych zawodów alpejskiego Pucharu Świata), pobyt w jednym z tamtejszych czterogwiazdkowych hoteli (od 29 kwietnia do 2 maja) plus karnet na wyciągi i opieka instruktora. Ostateczną decyzję, kto zwycięży podejmą słuchacze Antyradia w internetowym plebiscycie.
Szczegółowy regulamin zabawy można znaleźć na stronie internetowej Antyradia

Z kolei firma W.L. Gore&Associates, światowej sławy producent rozmaitego rodzaju membran do odzieży sportowo turystycznej, oraz radio TOK FM ogłosiły konkurs „Moja wymarzona wyprawa”. Chodzi o napisanie scenariusza podróży, która „powinna trwać dłużej niż jeden dzień, być w zasięgu możliwości fizycznych oraz finansowych uczestników (loty w kosmos niestety nie będą brane pod uwagę) oraz nie może być wykupiona w biurze podróży”. Na pomysły i scenariusze podróży marzeń organizatorzy czekają do 10 lutego – należy przesłać je na adres weekendowyporanek@tok.fm.

Zwycięzca konkursu (maksymalnie zespół 4-osobowy) zostanie kompleksowo wyposażony w odzież sportową z membraną Gore-tex® oraz Windstopper® dobraną przez ekspertów specjalnie pod kątem zaplanowanej wyprawy. Ponadto dwa wyróżnione przez jury pomysły nagrodzone zostaną gadżetami i drobnymi produktami marek Gore-tex® oraz Windstopper®. Dodatkową atrakcją będzie zaproszenie wszystkich nagrodzonych i wyróżnionych na wiosenne warsztaty firmy Gore, podczas których zaprezentowane zostaną najnowocześniejsze technologie stosowane przy produkcji odzieży outdoorowej oraz zasady działania i korzystania z membran Gore-tex®.

Powodzenia!

Kasprowy (częściowo) ruszył i… stanął

03/02/2010, środa

Dopiero wczoraj mogła pierwszy raz w sezonie ruszyć kolej krzesełkowa na Hali Gąsienicowej. Radość jednak trwała krótko – w Tatrach zaczęło silnie wiać (30 m/s z kierunku południowego) i dziś nie kursowała już ani kolej linowa na Kasprowy Wierch ani oczywiście krzesła na Gąsienicową.

Na dodatek na Hali Goryczkowej miejscami jest za mało śniegu, by można ją było udostępnić narciarzom i snowboardzistom. Bo właśnie anomalie pogodowe w postaci dużych różnic grubości pokrywy śnieżnej w rejonie Kasprowego powodują, że w praktyce sezon tam wciąż się jeszcze nie rozpoczął.

Zresztą i na Hali Gąsienicowa pokrywa śnieżna ma a to 90 cm, a to ledwie 25. Komisja złożona z pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego, Polskich Kolei Linowych oraz TOPR-u po dokonaniu wizji lokalnej tras w rejonie Kasprowego pod kątem bezpieczeństwa dla przyrody oraz narciarzy i snowboardzistów uznała jednak, że kocioł Gąsienicowy może zostać otwarty. Nie dopuściła natomiast do jazdy w kotle Goryczkowym, bo tam tras nadal nie można przygotować ratrakami. Zamknięte pozostają również nartostrady do Kuźnic, bo wystają na nich kamienie i korzenie.

 Kocioł Gąsienicowy

Przypomnijmy: trasa do kotła Gąsienicowego spełnia wymagania FIS, ma ok. 1400 m długości i ponad 350 metrów różnicy poziomów. Jest najwyżej położonym stokiem w Polsce. W sezonie (czyli do 18 kwietnia) bilet pojedynczy na obsługujący ją nowoczesny czteroosobowy wyciąg krzesełkowy o przepustowości 2400 osób/godzinę kosztuje 10 zł (jeśli kolej będzie czynna dłużej, to chętni zapłacą 8 zł). Można też kupić kartę całodzienną za 90 zł, bądź popołudniową (od godziny 11) – 70 zł.

Szczęśliwie w Tatrach nie tylko wieje, ale i sypie. Jeśli więc w końcu ruszy również zasłużony wyciąg na Goryczkowej (o przepustowości 730 osób/godzinę i czasie przejazdu 15 minut), to za pojedynczy bilet trzeba będzie zapłacić 12 zł (po 18 kwietnia – 10 zł), za kartę dzienną – 90 zł, a popołudniową – 70 zł. W zamian jest ok. 2 km jazdy (600 m różnicy poziomów, średnie nachylenie stoku 37 %) w niemal alpejskiej scenerii. O sentymencie (w przypadku starszych) i legendzie (dla młodszych) nie wspominając.

Natomiast wyjazd koleją linową na Kasprowy kosztuje w tym sezonie 32 zł (ulgowy – 27 zł). Ale przecież kiedy kursuje wyciąg na Goryczkowej dużo zdrowiej jest podejść z Kuźnic do jego dolnej stacji – zajmuje to od 33 (mój rekord sprzed lat) do 45-50 minut i cały Kasprowy jest nasz.

Klimat dla sztucznego śniegu

02/02/2010, wtorek

Pisałem tu ostatnio o tym, w jakich warunkach najlepiej utrzymuje się na stokach naturalny śnieg („Reklama prawdę czasem Ci powie”, 29.01.2010).  Teraz nieco o tym, co sprzyja sztucznemu naśnieżaniu – znowu m.in. na podstawie folderu informacyjnego obszaru Kitzbüheler Alpen w austriackim Tyrolu oraz rozmów z tamtejszymi snowmakerami, czyli specami od przygotowywania tras.

Naturalnie, podstawową kwestią jest odpowiedni sprzęt. Przykładowo: w Kitzbüheler Alpen, gdzie wytyczono ok. tysiąc kilometrów tras, pracuje 3440 urządzeń zaśnieżających (1360 armatek i 2080 lanc). Pozwala to poprawić warunki na 762 km nartostrad, czyli na ok. 70 proc . wszystkich tras. Niektóre ze stacji alpejskich chwalą się już zresztą możliwością pokrycia sztucznym śniegiem 100 proc. oferowanych tras.

Istotna jest również tzw. sprawność instalacji zaśnieżających. I znowu: w St. Johann In Tirol, jednym z siedmiu regionów wchodzących w skład Kitzbüheler Alpen, potrzeba tylko 60 godzin, aby wszystkie trasy obsługiwane przez armatki i lance dało się udostępnić narciarzom i snowboardzistom. Z kolei w sąsiednim regionie SkiWelt na 110 km tras wystarczają do jazdy pokrywę sztucznego śniegu można uzyskać w ciągu trzech dób.

Co ważne (zarówno dla gości, jak wizerunku stacji): dośnieżanie powinno obejmować trasy wszelkiego typu – zarówno te łatwe, jak najtrudniejsze.

Oczywiście, aby instalacje mogły systematycznie dostarczać na stoki sztuczny śnieg, trzeba dysponować odpowiednimi zapasami wody (to ona przecież jest podstawowym surowcem do jego produkcji). Nie jest to łatwe, chociażby ze względu na wysokość, skomplikowane czasem uwarunkowania geologiczne i klimatyczne (niskie temperatury) połączone z koniecznością zachowania rygorów ekologicznych. W Kitzbüheler Alpen woda gromadzona jest w 40 lokalnych zbiornikach. Łącznie mają one pojemność ponad 2,4 mln metrów sześciennych! Pozwala to na systematyczne dośnieżanie tras całego obszaru nawet przez najdłużej trwający sezon zimowy.

Kluczowe znaczenie mają oczywiście czynniki klimatyczne: temperatura i wilgotność powietrza. Za optymalne dla sztucznego dośnieżania – tak pod względem jakości wytwarzanego śniegu, jak kosztów operacji – do niedawna uchodziły temperatury poniżej – 4stopni Celsjusza oraz wilgotność nie przekraczająca 60 proc. W Alpach Kitzbühelskich w ciągu roku temperatura spada poniżej zera średnio podczas 157 dni (wedle statystyk prowadzonych od 1948 r. przez Instytut Meteorologii i Geologii w Insbrucku). Niskie temperatury panują wtedy zwykle także w nocy – a więc wtedy, gdy urządzenia zaśnieżające mogą pracować pełną parą. Ujemne temperatury przez okrągłą dobę notowane są zaś na tym obszarze aż przez 77 dni (2, 5 miesiąca!) w roku. Sprzyjająca jest również panująca tam wilgotność: ma ona zwykle taki poziom, że sztuczny śnieg ma strukturę przynajmniej zbliżoną do naturalnego.

Ostatnio jednak nowoczesne technologie pozwoliły przekroczyć nawet i tę barierę – sztuczny śnieg można już produkować w temperaturach powyżej zera i praktycznie niezależnie od wilgotności otoczenia. Wszystko dzięki tzw. SnowMaker System, powstałemu w Izraelu, a działającemu już w austriackim Pitztal i szwajcarskim Zermatt. Metodę tę szczegółowo prezentowałem tu w ub. roku („Snowmaker ratuje sytuację”, 9.10.2009).

Wiele zależy wreszcie od ludzi. Stacje Alp Kitzbühskich chwalą się sięgającą prawie stu tradycją uprawiania sportów zimowych (Klub Narciarski w Kitzbühel jest drugą historycznie taką organizacją w Austrii – powstał na początku XX stulecia) – oraz dwudziestoletnim już doświadczeniem w sztucznym dośnieżaniu. Jak zdradza Johannes Gasteiger, szef region St.Johann/ Oberndorf, swoim dwóm snowmakerom, czyli ekspertom od zaśnieżania, płaci naprawdę duże pieniądze, jest to bowiem profesja tyleż trudna, co rzadka.
Gasteiger, sam zapalony narciarz skitourowy, opowiada: „dobry fachowiec potrafi ocenić jakość sztucznego śniegu – i wprowadzić odpowiednie korekty w zaprogramowaniu armatki – nawet go nie dotykając, a tylko obserwując, jak spadające płatki zachowują się na jego kurtce”. Podobnego doświadczenia wymaga choćby wyznaczanie głębokości iniekcji, czyli głębokości, do której trzeba nasączyć śnieg na trasie wodą, by powstał trwały podkład pod kolejne jego warstwy. „Zwykle nie powinna ona przekraczać 10 cm, co pokazuje, z jaką precyzją musi być wykonany taki zabieg” – ostrzega Gasteiger.

Potem niezbędna jest odpowiednia strategia ubijania tras. Oraz pieniądze na ten cel: standardowo wyposażony ratrak kosztuje obecnie 260 tys. euro, zaś zaopatrzony w tzw. wyciągarkę (czyli mogący m.in. przygotowywać także bardziej strome stoki) – ok. 350 tys. euro. Maszyny pochłaniają przy tym 40 litrów paliwa na godzinę pracy.

Oczywiście, sztuczny śnieg, podobnie jak naturalny, dłużej utrzyma się na stokach północnych (oraz półnozachodnich i północnowschodnich), w leśnych przecinkach, gdzie jest osłonięty przed wiatrem i słońcem.

Na koniec: właśnie w wiosce Oberndorf  w regionie St. Johann in Tirol mieszkał pod koniec życia Jan Tyszkiewicz, legendarny prezenter Radia Wolna Europa, który bodaj jako pierwszy z polskich dziennikarzy przeprowadził wywiad z wielkimi światowego jazzu Ellą Fitzgerald, Louisem Armstrongiem i Duke’m Ellingtonem. Pan Jan, z którym miałem przyjemność w RWE pracować, a potem poznać go osobiście, zmarł w listopadzie ub. roku.

Reklama (czasem) prawdę Ci powie

29/01/2010, piątek

Z reklam stacji zimowych można, jeśli czytać je uważnie, wiele się nauczyć. Ot chociażby dowiedzieć się co nieco na temat warunków sprzyjających utrzymywaniu się odpowiedniej pokrywy śnieżnej.

Za przykład takiej lekcji niech posłużą materiały informacyjne anonsowanego już tu obszaru Kitzbüheler Alpen (składa się z 7 regionów na pograniczu austriackiego Tyrolu i Ziemi Salzburskiej – z tak znanymi kompleksami sportowo-wypoczynkowymi, jak SkiCircus Saalbach, SkiWelt Kaiser Brixental, Zell Am See/Kaprun i oczywiście samym Kitzbühel, ale też urokliwymi miejscami w rodzaju Alpbach – wioski uhonorowanej w minionym roku przez wpływowy „Good Skiiing Guide tytułem „Małej Stacji Roku”; łącznie Kitzbüheler Alpen obejmuje ponad 1000 km przygotowanych tras).

 Masywy Kitzbüheler Alpen

Otóż Kitzbüheler Alpen wśród czynników gwarantujących nadzwyczaj wysokie opady śniegu na swoim obszarze wymienia, po pierwsze, ukształtowanie terenu. Tamtejsze masywy górskie stanowią tzw. północno-zachodnią barierę Alp i są rodzajem naturalnej zapory dla krążących chmur, przez co właśnie w tym regionie następuje kumulacja opadów. Wymowne jest choćby, że roczna średnia opadów (powyżej 2,5 w dolinach i ponad 8 m w wyższych partiach gór) utrzymuje się na niezmienionym poziomie od… pół wieku.

Więcej: od 1993 meterorolodzy zauważają na obszarze Kitzbüheler Alpen wyraźne… oziębienie klimatu. Śnieg pada tam częściej niż dawniej, co sprawia, że i dłużej zalega się na stokach. Przykładowo, słynny Hahnenkamm (Koguci grzebień), na którego stromiznach rozgrywany jest słynny bieg zjazdowy Pucharu Świata w Kitzbühel, jest w ostatnich latach pokryty warstwą naturalnego śniegu (o grubości co najmniej 20 cm) przez prawie sześć miesięcy w roku.

Znaczenie ma i to, że większość tras w Kitzbüheler Alpen wytyczono na północnych, zachodnio- bądź wschodniopółnocnych zboczach, na których słońce operuje łagodniej, a więc i śnieg zalega dłużej.

Rolę gra nawet fakt, że podłożem jest tam zwykle miękka, alpejska trawa, nie zaś, jak często to bywa gdzie indziej – skały i kamienie. Pozwala to dużo łatwiej przygotować trasy – wedle fachowców wystarczy, że trawiasty teren pokrywa warstwa ok. 20 cm ubitego śniegu, by dało się jeździć.

Dłuższemu utrzymywaniu się śniegu sprzyja wreszcie fakt, że w leśnych przecinkach – drzewa chronią śnieg przed słońcem i podmuchami wiatru.

Podobny wykaz prawidłowości można sporządzić odnośnie sztucznego naśnieżania. Trzeba tylko przygotowanie tras narciarskich uznać za sztukę bądź dyscyplinę niemal naukową – jak zrobili to Austriacy z Lech w Voralbergu, tworząc tam już w l. 70 ub. stulecia specjalny instytut badawczy i szkołę, kształcącą tzw. snow makerów.

 

Smutne narty w Sarajewie

28/01/2010, czwartek

Swego czasu miasto to kojarzyło się głównie z zamachem na arcyksięcia Ferdynanda (a więc początkiem I wojny światowej) oraz z zimowymi igrzyskami 1984 r. (i m.in. szóstym miejscem Małgorzata Tlałki w slalomie, bodaj ostatnim poważnym sukcesem polskiego narciarstwa alpejskiego). Dziś przeważa inna pamięć – Sarajewo stało się symbolem konfliktu na Bałkanach. Kiedy przez kilka ostatnich dniach  miałem okazję naocznie poznawać Sarajewo, nie przestawałem się dziwić, jak położone w kotlinie, odcięte od wody i energii miasto mogło przez ponad 3 lata opierać się rozlokowanym na okolicznych wzgórzach siłom serbskim.

Skutki wojny widać w Sarajewie do dziś. Oczywiście największe wrażenie wywierają tabliczki z nazwiskami zabitych przez snajperów czy artyleryjskie pociski mieszkańców i ślady karabinowych serii na fasadach wielu kamienic. Ale konflikt uderzył też w dziedzinę, zdawałoby się, kompletnie neutralną – sport i właśnie narciarstwo.

Po olimpiadzie Sarajewu marzyła się pozycja renomowanego – i rozsławionego igrzyskami – ośrodka zimowego. Atutem miała być również przygotowana na zawody infrastruktura: nowoczesne jak na tamte czasy wyciągi w masywie Jahoriny (tam rozgrywano konkurencje alpejskie kobiet) i Bjelasnicy (gdzie ścigali się mężczyźni).

Instalacje te, owszem, przetrwały wojnę. Są wciąż czynne. Na Jahorinie jeździ się na wysokości ponad 2 tys. m n.p.m., a jest tam 5 wyciągów krzesełkowych (w tym dwa sześcioosobowe), nie licząc kilku orczyków. Bjelasnica oferuje trzyosobowe krzesło i pięć orczyków. Ale, na przykład, zamontowane tam przed laty armatki stoją w jakimś magazynie, bo zarządzający stacją nie płacili ich austriackim właścicielom za wynajem. Kiedy więc śniegu jest niewiele – a tak było podczas mojego pobytu – można jeździć tylko w najwyższych partiach masywu, a do doliny trzeba zjechać… wyciągiem.

Rzecz też nawet nie w tym, że tylko sporadycznie na tamtejszych trasach pojawiają się cudzoziemscy narciarze czy snowboardziści. Najgorsze, że niechęć religijno-narodowościowa przeniosła się też na narty. To nie do uwierzenia, ale okazuje się, że muzułmanie (czyli Bośniacy) i katolicy (Chorwaci) jeżdżą niemal wyłącznie na Bjelasnicy, a prawosławni (Serbowie) na Jahorinie.

To jest najsmutniejsze w sarajewskich nartach.

W Kitzbühel poza Streif’ą

25/01/2010, poniedziałek

Miniony weekend w Kitzbühel stał oczywiście pod znakiem  najsłynniejszego biegu zjazdowego świata, czyli Hahnenkamm-Rennen (oraz rozgrywanych tu w jego cieniu innych konkurencji alpejskiego Pucharu Świata: supergiganta i slalomu). Ale naturalnie Alpy Kitzbühelskie nie kończą się na opisywanej już tu legendarnej Die Streif.

Zwłaszcza, że sama Streif’a nawet w okresie, gdy nie są na niej rozgrywane zawody, jest tylko w części udostępniana dla tzw. zwykłych narciarzy. Ci mogą jedynie wczuć się w rolę zawodników w specjalnym symulatorze rozgrywanego na niej biegu zjazdowego oraz zwiedzić budkę startową i rodzaj muzeum trasy nazwanym znamiennie „Hall of legends”.

  Obszar Kitz Ski Unlimited

Obejmujący okoliczne góry region Kitz Ski Unlimited to 170 km przygotowanych tras, obsługiwanych przez 54 kolejki i wyciągi oraz 700 armatek śnieżnych i 40 ratraków. O ile na trasach nad samym Kitzbühel bywa tłoczno (wyjątkiem są te najtrudniejsze), to wystarczy nowoczesną gondolą 3S (w niektórych miejscach kabiny wiszą 400 metrów nad ziemią!) przedostać się na sąsiadujący masyw Resterhöhe, by jeździć już niemal samemu.

 Drogowskaz do gondoli 3S

Trasy są tu tyleż szerokie (choć po części biegną leśnymi przecinkami), co o urozmaiconej konfiguracji – więc mogą zadowolić wszystkich. Wytyczono je w większości między 1200 a 2000 m n.p.m., ale dolina, w której położone są Kitzbühel, Aurach, Jochberg i Pass Thurn czy też sąsiadujący z nimi (a objęty tym samym karnetem) rejon Kirchbergu  i Aschau, słyną, jak zresztą całe Alpy Kitzbühelskie, nie tylko z obfitych opadów, jak z kilku innych czynników sprzyjających długiemu utrzymywaniu się dobrych warunków śniegowych. To temat sam w sobie – a więc na kolejną opowieść.

 Na trasach Kitz Ski Unlimited

Teraz tylko jeszcze co nieco o samym Kitzbühel: jego historia sięga XII w., więc miasteczko – prócz Streif’y i innych tras – szczyci się choćby piękną starówką. Do tego dochodzą luksusowe hotele (ledwie w połowie grudnia ub. roku otwarto kolejny pięciogwiazdkowiec: The Royal Spa Kitzbühel Hotel) i pensjonaty oraz mnóstwo świetnych restauracji (7 z nich może pochwalić się wyróżnieniami przyznanymi przez tak prestiżowe instytucje, jak Michelin Guide i Gourmet). A dla chętnych także kasyno.

Nic dziwnego, że w Kitzbühel tanio nie jest. Dość powiedzieć, że w miejscowej szkole narciarskie pod wymowną nazwą Rote Teufel (Czerwone Diabły) za 6-dniowy kurs dla dzieci trzeba zapłacić 170 euro, a za dwie godziny jazdy z instruktorem przed południem – 150 euro.

Ale aby jeździć w Kitz Ski Unlimited wystarczy wynająć dużo tańszą kwaterę w którejś z sąsiednich wiosek.

Narciarze! Do konsultacji!

22/01/2010, piątek

Tatrzański  Park Narodowy ogłosił w końcu długo oczekiwaną (por. „Może większy Kasprowy!”, 7 stycznia 2010 r. i „Wciąż czekamy na Kasprowy”, 13 stycznia 2010 r.), „Analizę oddziaływania na obszar Natura 2000 udostępnienia narciarskiego rejonu Kasprowego Wierchu poprzez poszerzenie strefy przeznaczonej dla narciarstwa pozatrasowego”.

Przypomnijmy: chodzi o pomysł dopuszczenia do uprawiania narciarstwa i snowboardingu na stokach Beskidu i Pośredniego Goryczkowego. Dotąd za jazdę tam groziły mandaty – teraz ma być możliwa, choć trasy nie byłyby „przygotowywane mechanicznie”, czyli za pomocą ratraków.

W Analizie doprecyzowano, że w grę wchodzi „wschodnie zbocze Pośredniego Goryczkowego Wierchu, do momentu, w którym jego granica opadałaby w dół, łącząc się z trasą narciarską na wysokości tzw. ‘męskiego skrótu’”. Udostępnione zostałyby także  „północno-wschodnie stoki Beskidu, aż po Przełęcz Liliowe, a następnie w dół zgodnie z przebiegiem zielonego szlaku turystycznego”.

„Z przyczyn przyrodniczych” nie można byłoby jednak jeździć „między wierzchołkiem Beskidu a Przełęczą Liliowe w Dolinie Gąsienicowej” oraz „między wierzchołkiem Pośredniego Goryczkowego Wierchu a ‘tradycyjnym’ trawersem tego zbocza”. (Miłośnicy Kasprowego wiedzą, o jaki obszar chodzi).

Wedle Parku wpuszczenie freerid’owców (czyli narciarzy i snowboardzistów jeżdżących poza wytyczonymi trasami) na  te tereny „a) nie będzie pogorszać stanu siedlisk przyrodniczych, siedlisk gatunków roślin i zwierząt, dla których ochrony wyznaczono obszar Natura 2000, b) nie będzie wpływać negatywnie na gatunki, dla których ochrony został wyznaczony obszar Natura 2000, c) nie będzie pogarszać integralności obszaru Natura 2000 lub jego powiązania z innymi obszarami”.

Powierzchnia terenów możliwych do udostępnienia sięga 26, 92 ha.

W razie niewystarczającej pokrywy śnieżnej wprowadzany byłby czasowy zakaz jeżdżenia w tej części Doliny Gąsienicowej, która jest porośnięta kosodrzewiną. Granice tego obszaru (o powierzchni 2,78 ha) byłyby w części południowej oznakowane tyczkami.

Nowe tereny mogłyby być udostępnione „od daty uruchomienia wyciągów krzesełkowych do 15 kwietnia”.

Park zastrzega, że „Pierwsze udostępnienie będzie miało charakter czasowy. Decyzja co do kontynuowania przedsięwzięcia zostanie uzależniona od wyników monitoringu. W przypadku stwierdzenia wzrostu przenikania narciarzy na tereny nieudostępnione, TPN powróci do dotychczasowego zakresu użytkowania terenów narciarskich”.

Pełny tekst raportu można pobrać m.in. ze strony internetowej TPN. Uwagi należy składać do 1 lutego b.r. (na stronie internetowej Parku podano mylną datę 1 stycznia 2009 r.) Wnioski mogą mieć formę pisemną, ustną „do protokołu” bądź być przekazywane mailem („bez konieczności opatrywania ich tzw. bezpiecznym podpisem elektronicznym”). Powinny zostać wysłane na adres: Tatrzański Park Narodowy ul. Chałubińskiego 42a, 34-500 Zakopane lub sekretariat@tpn.pl.

Miłośnicy puchu: nie zwlekajcie z wysyłaniem maili lub listów z poparciem pomysłu! To od nas zależy, czy wejdzie on w życie.

 

Die Streif

21/01/2010, czwartek

To bodaj najsłynniejsza (a wedle wielu również najtrudniejsza) trasa zjazdowa świata. Już w najbliższą sobotę ścigać się na niej będą najlepsi alpejczycy. W środę miałem okazję zobaczyć z bliska, jak trenowali. Przeżycie jest niesamowite – zwłaszcza w porównaniu z przekazem telewizyjnym.

Die Streif góruje nad Kitzbühel w austriackim Tirolu i ma 3,3 km. Zawodnicy startują z 1665 m n.p.m., a metę wyznaczono niemal w środku miasteczka (na 863 m n.p.m.). Narciarze pokonują więc ponad 800 metrów różnicy poziomów.

 Widok z bramki startowej biegu zjazdowego w Kitzbühel

Stromizna stoku za uskokiem zwanym Mausefalle (Pułapka na myszy) sięga 85 proc., a niektórzy ze startujących oddają tam skoki długości 80 m (choć najlepsi starają się jak najmniej przebywać w powietrzu, jako że wówczas ich prędkość jest mniejsza niż wtedy, gdy narty jadą po śniegu). 

Inne legendarne w narciarskiej branży miejsca Streif’y to: Steilgang (najbardziej zwykle zlodzony fragment trasy), Alte Schneise (uchodzi za szczególnie wymagający z racji raptownie zmieniającego się ukształtowania i oświetlenia terenu) oraz Hausberg (kolejny stromy – 69 proc. – i trudny punkt, a startujący mają już za sobą ponad półtora minuty jazdy).

 Hausberg

I wreszcie – Ziehlschuss: ostatnie 400 metrów z ostatnim garbem, gdzie prędkość najszybszych dochodzi do 140 km/h (tam właśnie upadł w minionym roku, zresztą także podczas treningu, Daniel Albrecht).
Na przejechanie Streif’y zwycięzcy potrzebują niespełna 2 minut.

Trudno się dziwić, że rozgrywany tradycyjnie w II połowie stycznia w Kitzbühel bieg zjazdowy zwany Hahnenkamm-Rennen jest jednym z najważniejszych punktów w kalendarzu alpejskiego Pucharu Świata. M.in. powstała już o nim książka („Chronicle Of  A Myth”) i kilka filmów dokumentalnych.
Do Kitz zjeżdżają najwięksi, bo dobry wynik tu zdobyty jest warunkiem narciarskiej sławy. A raczej jej potwierdzeniem: dowodem choćby Franz Klammer, trzykrotny triumfator w l.1975-77. Swoje robią też naturalnie wyższe niż na innych zawodach premie dla zwycięzców.

 Streif’ę pokonuje Hermann Maier, styczeń 2002 r.

W ślad za zjazdowcami ciągną VIP’y zarówno ze świata sportu, jak polityki oraz rozmaici celebrieties. Dość powiedzieć, że w luksusowym hotelu Kaiser Hof  najdroższe apartamenty z widokiem na trasę są zwykle sprzedawane z rocznym wyprzedzeniem (w tym roku właśnie ten hotel wybrał także jeden z faworytów, Bode Miller, który ostatnio porzucił swoją słynną przyczepę campingową).

Na szczęście zawodom kibicują też zwykli miłośnicy narciarstwa. Lukas Krösslhuber z Kitzbühel Alpen Marketing szacuje, że tegoroczny, 70. już Hahnenkamm-Rennen oglądać może nawet 50 tys. widzów (bilety obowiązują tylko na trybuny wokół mety – z innych miejsc zawody można śledzić za darmo).

Wrażenie robią już same ekipy towarzyszące zawodnikom i kadrom narodowym oraz samo misterium przygotowywania się do startu (przykładowo, za popularnym austriackim zjazdowcem Rainerem Schoenfelderem jeździ fantazyjnie pomalowana ciężarówka TIR z zestawem nart, strojów i innego sprzętu potrzebnego przed i po zawodami). Z kolei podglądając rozgrzewkę, można wpaść w kompleksy nie tyle nawet z racji muskulatury zawodników, co połączenia jej z niebywałą gibkością. Stojąc w okolicy Mausefalle, można podziwiać odwagę i technikę zjazdowców, którzy zaraz po długim skoku muszą wykonać ostry skręt w lewo, a potem od razu odbić w prawo, by zmieścić się w kolejnej bramce. Przy tzw. Gschöss, długim (650 m) najbardziej płaskim odcinku trasy, najbardziej efektowny jest sam dźwięk, jaki wydają pędzący narciarze – łudząco podobny do pędzącego pociągu towarowego. 

Zwycięzcą pierwszego treningu został Didier Cuche ze Szwajcarii, kolejny wielki faworyt sobotniego, 70. Hahnenkamm-Rennen. Streif’ę przejechał też Polak, Maciej Bydliński. Zajął 62 miejsce. Ostatnie. Ale i tak czapki z głów za odwagę. Zresztą na dotarcie do  mety potrzebował tylko 11 sekund więcej od najlepszych.