Reklama dźwignią stacji

20/11/2009, piątek

Ośrodki narciarskie kuszą także… hasłami reklamowymi. Oto krótki ich przegląd.  

Wielce zasłużone dla historii sportów zimowych, ale też mocno ekskluzywne szwajcarskie St. Moritz bez fałszywej skromności powiada o sobie: „Top Of The World!”.  W innym sloganie precyzuje: „St. Moritz – jakież góry, jakaż przestrzeń, jakie słońce!”.
Dużo skromniej reklamuje się natomiast Courchevel we francuskich Trzech Dolinach – co najmniej równie snobistyczne zwłaszcza rosyjskich klas najwyższych: jeździł tam m.in. Władimir Putin i to jeszcze jako prezydent. Otóż opisuje się ono prostym stwierdzeniem: „Courchevel: kraina nadzwyczajnie białej zimy”.
Za to inna miejscowość Trzech Dolin – Val Thorens, promuje się hasłem: „Narty na najwyższym poziomie”. Chodzić ma przy tym zapewne nie tylko o jakość oferty. Ta jest wprawdzie rewelacyjna, jeśli chodzi o trasy i możliwości jazdy poza nimi, ale nieszczególna pod względem zakwaterowania i atmosfery – Val Thorens to stacja-blokowisko. Rzecz jednak w tym, aby przypomnieć, że to najwyżej położony ośrodek zimowy w Alpach – zbudowano go wszak na 2300 m n.p.m.

Po zbliżony argument sięgają Austriacy z Pitztaler Gletscher, najwyższego lodowca Tyrolu. Przekonują, że „The elevation makes a difference: 3440 m” – z takiej właśnie wysokości można u nich zjeżdżać. I rzeczywiście, jest to spora różnica - zwłaszcza, jeśli chodzi o pewność i jakość śniegu w porównaniu do większości niżej położonych stacji.
Nic dziwnego, że w podobnej konwencji – bo za pomocą dewizy: „Wyżej znaczy lepiej” – promuje się cała piątka tyrolskich lodowców tyrolskich (prócz Pitztal są to: Hintertux, Sölden, Stubai i Kaunertal), podając zresztą przy okazji najwyższy punkt, do którego docierają ich wyciągi, czyli właśnie 3446 m n.p.m. na Pitztal.

Samo Sölden opisuje się jako „Hot Spot of the Alps” – co prawdopodobnie ma podkreślać młodzieżowy (oraz rozrywkowy) klimat kurortu. Równie zabawowe Ischgl przekornie wzywa: „Odpocznij! Jeśli dasz radę…”, co ma sugerować moc atrakcji (zwłaszcza nocnych) oferowanych przez stację, które mogą okazać się bardziej zajmujące niż same narty czy snowboard. 
Z kolei również położone w Tyrolu, ale już nastawione raczej na narciarskie rodziny Alpbachtal (o którym opisałem niedawno) zapewnia, że gwarantuje „śnieg, który cię poruszy”.

W użyciu są też bardziej przyziemne argumenty. Miasteczko Bridges-les-Bains ocenia się jako „Najtańsza stacja w Trzech Dolinach” i dodaje, że „narty nie muszą być luksusem” i można „jeździć więcej za mniej”. Faktycznie, noclegi w   położonym przy u podnóża całego obszaru Trzech Dolin Bridges-les-Bains są relatywnie tańsze niż położonych wyżej stacjach, a dzięki kolejce gondolowej można w 20 minut znaleźć się na stokach w samym centrum regionu.
Z kolei Les 2 Alpes powinno się wybrać „bo sport, bo przyjaciele, bo rodzina”. Tignes (region Espace Killy) zaś to „miejsce, gdzie możesz jeździć wcześniej niż wszyscy inni” (chodzi o to, że tamtejszy lodowiec Grande Motte rusza zwykle już pod koniec września).

Najprostszy, lecz i wymowny slogan wymyśliła francuskie stacja La Plagne ze swoim lodowcem Bellcote – przedstawia się bowiem jako „Paradiski”. I owszem: narciarsko bywa tam jak w niebie (zwłaszcza późną wiosną, bo można znaleźć olbrzymie połacie firnu). Wrażenie raju burzy tylko widok betonowych bloków w samym sercu gór.
„Małym rajem” nazwał się region Ziemia Salzburska. Skromniej – ale może prawdziwiej.

A jakim hasłem powinno się reklamować Zakopane?

Rodzice i dzieci w jednej jeździli stacji (III)

18/11/2009, środa

Na liście ośrodków zimowych przyjaznych rodzicom (w tym także wytrawnym narciarzom) z dziećmi, uczącymi się dopiero nart bądź snowboardu, musi znaleźć się kameralne Alpbachtal w Tyrolu.

W Polsce praktycznie nieznane, Alpbachtal ma świetne notowania u poważanych instytucji zajmujących się ocenianiem ośrodków zimowych. Przykładowo, Atlas narciarski ADAC 2009 przyznał wiosce pierwsze miejsce w kategorii „Małe, ale doskonałe”. Stacja znalazła się też w czołówce rankingu „Urokliwe miejscowości narciarskie” największego szwedzkiego magazynu narciarskiego „Aka Skidor”. Z kolei brytyjski periodyk „The Good Skiing” nadał jej tytuł „Białego Oskara” w plebiscycie na „Najlepszy kameralny ośrodek narciarski w Europie”. Alpbachtal od lat ma też tyrolski znak jakości tras.

 Alpbachtal i okoliczne szczyty

Ale całkiem już wymiernym dowodem stosunku stacji do narciarskich i snowboardowych rodzin jest choćby to, że dzieci i młodzież aż do 15 roku życia mogą tam korzystać z wyciągów za darmo (wyjątkiem jest okres świąteczno-noworoczny oraz dwa tygodnie w lutym).

Stacja oferuje 52 km tras (z czego 14 km łatwych, 33 średnich i 5 czarnych) wytyczonych na wysokości od 600 do 2000 m n.p.m. 37 km tras może być jednak sztucznie naśnieżonych. Cały obszar obsługuje 21 wyciągów (3 gondole, 5 krzesełkowych plus orczyki).

Dzieci mogą uczyć się nart i snowboardu w trzech szkołach, wyposażonych naturalnie we wszystkie potrzebne do doskonalenia umiejętności urządzenia – od wyciągów taśmowych po rozmaite tory przeszkód. Zapewniają one całodzienne zajęcia. Trwający 5 dni kurs kosztuje ok. 120 euro.
Najmłodsi (od dwóch do czterech lat) mogą bawić się – oczywiście również na śniegu – w Kids-Center położonym na szczycie Wiedersbergerhorn.

 Lekcja nart w jednej z trzech szkółek Alpbachtal

Rodzice zaś, kiedy już sprawdzą trasy w Alpbachtal (a może i spróbują jazdy poza trasami ze stoków Wiedersbergerhorn), mogą wybrać się do pobliskiego (pół godziny jazdy samochodem), a słynnego w całym narciarskim świecie  Kitzbühel. Specjalny karnet z Alpbachtal (tzw. Kitzbüheler Alpen Skipass) umożliwia bowiem jazdę na 676 kilometrach tras także w okolicznych ośrodkach. A w Kitzbühel przynajmniej niektórzy spróbują pewnie zjechać ze słynnej Streify, znanej z alpejskiego Pucharu Świata jako jedna z najtrudniejszych tras biegu zjazdowego.

 W puchu na desce z Wiedersbergerhorn

Sezon w Alpbachtal ruszy oficjalnie 18 grudnia 2009 r. (choć niewykluczone, że wyciągi będą czynne już od 4 grudnia), a potrwa do 11 kwietnia 2010 r.
Co ważne: od 9 do 23 stycznia 2001 w ramach tzw. super tygodni w Alpbachtal obowiązuje 10 proc. rabat na… wszystko.

Polskie Himalaje

16/11/2009, poniedziałek

70 lat temu Polacy pierwszy raz ruszyli zdobywać Himalaje. Tej zimy minie z kolei 30 lat od jednego z najbardziej spektakularnych sukcesów rodzimych wspinaczy – zimowego wejścia na Mount Everest.

Obie te rocznice przypomniano podczas kolejnej już edycji Spotkań Podróżników i Eksplorerów w krakowskim Dworku Białoprądnickim. 

Można było m.in. zobaczyć odnaleziony niedawno w archiwach Brytyjskiego Instytutu Filmowego archiwalny film z pierwszej polskiej wyprawy w najwyższe góry świata.  W 1939 r. w Himalaje wyruszyło czterech wspinaczy: Adam Karpiński, Stefan Bernadzikiewicz, Jakub Bujak i Janusz Klarner. Dostali pozwolenie na zdobycie dziewiczego wierzchołka Nanda Devi East (7434 m n.p.m.). Jakub Bujak i Janusz Klarner zdobyli go 2 lipca 1939 roku. Był to wtedy siódmy pod względem wysokości, a najtrudniejszy technicznie ze wszystkich zdobytych wówczas szczytów na Ziemi.

 Nanda Devi East

Wyprawa zakończyła się jednak tragicznie: podczas próby wejścia na jeden z sąsiednich szczytów Karpiński i Bernadzikiewicz zginęli pod lawiną.

Tłumy słuchały też wspomnień Leszka Cichego, który 17 lutego 1980 r. razem z Krzysztofem, Wielickim zdobył Mount Everest. Było to pierwsze w historii zimowe wejście na najwyższy szczyt Ziemi (8848 m n.p.m.).

 Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy po zejściu z Everestu do bazy

O skali sukcesu świadczy fakt do tej pory na szczycie Czomolungma (tyb. Bogini Matka śniegu) / Sagarmatha (nep. Czoło nieba) stanęło ok. 3600 ludzi – w zimie jednak na Mount Everest zdołało wejść ledwie 9 himalaistów.

Młodym słuchaczom Leszek Cichy próbował uzmysłowić realia ówczesnego wspinania – począwszy od jakości sprzętu (i trudności w jego zdobywaniu w warunkach socjalistycznej „gospodarki niedoboru”) po uwarunkowania polityczne. O tym, jak ekwipunek z 1980 r. różnił się od współczesnego dowodził zresztą już dokumentalny film z wyprawy. Na młodych wrażenie robiły zwłaszcza puchowe kurtki wspinaczy, ważąca 16 kg kamera i radiotelefony z czteroczęściowymi masztami (trzeba je było skręcać przy mrozie sięgającym – 40 stopni Celsjusza). Cichy opowiadał też, jak to podczas powitania uczestników wyprawy w kraju jeden z partyjnych urzędników miał pretensję, że nie zdobyli góry dwa dni wcześniej, kiedy to kończył się kolejny zjazd partii komunistycznej, bo wtedy można by wykorzystać sukces propagandowo. „Nie mogliście, k…., wejść trochę szybciej” – szepnął do kierownika wyprawy Andrzeja Zawady. Skądinąd I sekretarz partii Edward Gierek nie zdecydował się wówczas uścisnąć rąk wspinaczom, bo dowiedział  się, że o swoim wyczynie poinformowali oni równocześnie papieża Jana Pawła II.

Uczestnikiem Spotkań była też nadzieja polskiego kobiecego himalaizmu, tyleż naturalna, co śliczna i dziewczęca, Kinga Baranowska. Opowiadała o swojej wyprawie na Kanczendzonga – trzeci co do wysokości szczyt świata (8598 m n.p.m.). Dla polskich wspinaczy to góra o szczególnym znaczeniu – przed Baranowską zdobyli go jedynie Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki i Piotr Pustelnik. To na Kanczendzondze 17 lat temu zaginęła inna wielka himalaistka, Wanda Rutkiewicz.

 Kinga Baranowska na Kanczendzonga

“Nigdy nie ryzykuję” – deklarowała trzeźwo Kinga.
Tak trzymać.

 

Rusza Południowy Tyrol

15/11/2009, niedziela

W Południowym Tyrolu w ostatnich dniach spadło ponad pół metra świeżego śniegu. Równocześnie temperatura pozwala na pracę armatek i przygotowywanie tras. Dlatego planowane terminy rozpoczęcia sezonu w ponad 30 tamtejszych kurortach zimowych wydają się niezagrożone. Niektóre ośrodki już zresztą przyjmują gości.

Naturalnie od dawna działa położona na wysokości 2011 m n.p.m. na końcu doliny Val Senales stacja Maso Corto. W 6 minut można się dostać z niej kolejką linową na wysokość 3212 m n.p.m. i znaleźć się na udostępnionym narciarzom i snowboardzistom w zasadzie przez cały rok lodowcu Hochjoch. Jeździ się przy tym po terenie, po którym ponad 5000 lat temu poruszać się musiał Ötzie – tajemniczy „człowiek lodu”. To właśnie na nieodległej grani masywu Ötztaler w 1991 r. odnaleziono doskonale zachowane w lodzie ciało mężczyzny z epoki brązu, ochrzczonego później „najsłynniejszym alpejczykiem wszechczasów”.

Od końca października można też już jeździć w Soldzie – przepięknej, niemal odciętej od świata, wiosce u stóp Ortlera, najwyższej góry Południowego Tyriolu  (3905 m n.p.m.). A jest tam 40 km niezatłoczonych tras, wytyczonych między 1900 do 3250 m n.p.m. Kiedy byłem w Soldzie w grudniu minionego roku, spadły nienotowane od 20 lat masy śniegu. Ale choć najwyżej położone wyciągi nie działały z powodu zagrożenia lawinowego i silnego wiatru, to i na tych niżej położonych (z dolnymi stacjami na, bagatela, 1900 m n.p.m.) jazda – także w puchu – była przednia. Podobnie jak wyśmienite okazały się pierogi z mięsa jaków w restauracji założonej tam przez samego Reinholda Messnera, najsłynniejszego dziś bodaj himalaistę świata.

 Kolej linowa w Soldzie

21 listopada sezon zamierza rozpocząć Alta Badia. Tydzień później ruszyć mają wyciągi w Obereggen/Val di Fiemme i Plan de Corones. A w pierwszy weekend grudnia czynne już będą praktycznie wszystkie ośrodki Dolomitów (m.in. Alpe di Siusi,  Val Gardena, Alta Pusteria, Carezza/Val di Fassa), regionu Ortler Skiarena (Merano 2000 i Schwemmalm/Val d’Ultimo)  oraz Valli di Tures e Aurina (Speikboden i Klausberg).

Znaczenie ma i to, że południowotyrolskie stoki naśnieżane są w większości przy użyciu skonstruowanych tam właśnie armatek TechnoAlpin. Powstała przed 20 laty w Obereggen firma sprzedaje dziś instalacje dośnieżające do prawie 40 krajów na całym świecie – testowała je jednak na początku właśnie w lokalnych warunkach pogodowych.
 

Przez Austrię za 2 euro, w Szwajcarii pociągiem

13/11/2009, piątek

Parę przydatnych detali, będących uzupełnieniem dorocznego poradnika narciarskiego, zamieszczonego w bieżącym numerze „drukowanej” „Polityki”.

Ważne dla wybierających się na zimowy urlop samochodem może być to, że od 1 listopada auta poruszające się po Austrii muszą mieć założone zimowe opony (na wszystkie 4 koła i z bieżnikiem głębokości co najmniej 4 mm). Kary za nieprzestrzeganie tego nakazu są słone: za jazdę na letnich lub „uniwersalnych” oponach grozi mandat od 350 do 5000 Euro.

Podobny obowiązek istnieje w Czechach – tyle, że jedynie na oznaczonych specjalnymi znakami odcinkach dróg (m.in. w górskich regionach graniczących z Polską). Ich wykaz można znaleźć na stronie internetowej czeskiego ministerstwa transportu.

 Znak nakazujący używanie opon zimowych na wybranych odcinkach dróg w Czechach

Na Słowacji samochody osobowe muszą mieć na wszystkich kołach zimówki, jeśli jezdnia pokryta jest zwartą warstwą śniegu lub panuje gołoledź.

Z kolei w Szwajcarii, Niemczech i we Włoszech kierowcy podróżujący bez opon zimowych po zaśnieżonych lub pokrytych tzw. błotem pośniegowym drogach mogą dostać mandat za „utrudnianie ruchu”. We Francji policja może nakazać założyć łańcuchy, a tych, którzy ich nie posiadają, zawrócić z trasy.

Po drugie, chcąc dotrzeć do zimowych kurortów autostradami i drogami szybkiego ruchu trzeba najczęściej wykupić specjalne winietki.

W Czechach roczna winieta na samochód osobowy kosztuje 1000 koron, miesięczna – 330, a tygodniowa – 220.  Co istotne: roczna winieta na rok 2009 jest ważna do 31 stycznia 2010 roku.  Wedle portalu skionline.pl,  Czesi planują w przyszłym roku podwyżkę cen za winietki na wybrane odcinki autostrad i dróg ekspresowych. I tak, przykładowo, winieta miesięczna podrożeć ma do 350 Kč. Chcą też w miejsce winiety ważnej 7 dni wprowadzić winietkę 10-dniową. Będzie ona kosztować prawdopodobnie 250 Kč, ale byłaby dużo korzystniejsza dla tych, którzy przez Czechy jeździli na narty do krajów alpejskich. Do tej pory jadąc na tygodniowe wczasy musieli wydać co najmniej 330 Kč (na winietę miesięczną). Teraz bez problemów zdążą wrócić, nim upłynie termin ważności winiety 10-dniowej. Tak czy tak, za brak stosownej nalepki miejscowa policja może ukarać mandatem do 5000 Kč.

W Austrii opłata za roczną winietę autostradową sięga 74 euro. Dwumiesięczna kosztuje ponad 22 euro, a 10-dniowa – blisko 8 euro. Brak winietki na autostradzie lub drodze ruchu szybkiego karany jest mandatem 215 euro (plus  koszt wykupienia winietki). Opłata za roczną winietę autostradową na rok 2010 wynieść ma ponad 76 euro, dwumiesięczną - prawie 23 euro, a 10-dniową – blisko 8 euro. Podwyżka w porównaniu do obecnego roku jest więc znikoma. Brak winietki na autostradzie lub drodze ruchu szybkiego karany jest tymczasem mandatem 215 euro (plus  koszt wykupienia winietki). Niezależnie od winietek, w Austrii dodatkowo obowiązują opłaty za przejazd niektórymi tunelami.

W Szwajcarii funkcjonują wyłącznie całoroczne winiety autostradowe - kosztują jednak tylko 40 franków, czyli 27,50 euro. Co istotne: ważność winiet za 2009 rok kończy się 31 stycznia 2010 r.
Na Słowacji zakup rocznej winiety (obowiązuje na niektórych odcinkach autostrad) to wydatek ponad 36 euro (i znowu: ważność datowanych na 2009 r. kończy się 31 stycznia 2010 r.).  Winieta miesięczna kosztuje prawie 10 euro, a tygodniowa – niespełna 5 euro.

Jest jednak cenna informacja dla wybierających się do Szwajcarii bądź Francji coraz popularniejszą wśród Polaków trasą via Monachium (ach, te niemieckie, darmowe i bez ograniczeń prędkości, autostrady), a potem przez Austrię tzw. obwodnicą Bregenz. Otóż za przejazd paru kilometrów austriackimi autostradami od przejścia granicznego w Horbranz (po stronie niemieckiej) do „Hohenehms zjazd nr 23” (w kierunku Szwajcarii) nie trzeba uiszczać pełnej opłaty. Wystarczy kupić specjalną winietkę „korytarzową” za ledwie 2 euro w jedną stronę. Można to jednak zrobić wyłącznie na przejściach granicznych – w Horbranz trzeba przejechać przez ustawione po lewej stronie przejścia i oznaczone na zielono bramki, a potem trzymać się precyzyjnych drogowskazów.

We Włoszech i Francji winiet nie ma – obowiązuje system bramkowy i płaci się za przejazd niektórymi odcinkami autostrad

 Szwajcarskie koleje

Po trzecie wreszcie, ci, którzy udają się na narty do ośrodków w Szwajcarii i pierwszy etap podróży pokonują – z racji odległości – samolotem, mogą potem skorzystać z tyleż wygodnego, co taniego środka lokomocji, jakim są pociągi. Specjalnie na potrzeby gości zimowych kurortów stworzono tzw. Swiss Transfer Ticket. Obejmuje on przejazd w obie strony między lotniskiem a miejscowością docelową. Podróż nie może trwać dłużej niż dzień i musi przebiegać bezpośrednią trasą. Swiss Transfer Ticket ważny jest miesiąc.

Za bilet w klasie pierwszej trzeba zapłacić 192 franki, a w klasie drugiej (wystarczająco komfortowej na tego typu przejazd) – 127 franków. Na dodatek dzieci w wieku do 16 lat w towarzystwie co najmniej jednego z rodziców podróżują – dzięki tzw. Family Card – bezpłatnie (jeśli jadą pod opieką innych osób korzystają ze zniżki 50 proc.). O precyzyjności szwajcarskich kolei wspominać nie trzeba (sam ją zresztą skutecznie przetestowałem). Swiss Transfer Ticket można kupić w Polsce korzystając ze strony internetowej SwissTravelSystem.

Kaski coraz bliżej

12/11/2009, czwartek

Sejm przegłosował nakaz używania kasków przez dzieci poniżej 15 roku życia podczas jazdy na nartach lub snowboardzie. Aby stało się to obowiązującym na rodzimych stokach prawem, potrzeba jeszcze zgody senatu, podpisu prezydenta i 30 dni tzw. vacatio legis. A przecież sezon zimowy w Polsce tuż tuż.

Stosowny przepis znalazłby się w ustawie o kulturze fizycznej. Jej art. 53 d ma brzmieć:  „Osoba uprawiająca narciarstwo lub snowboard, do ukończenia 15 roku życia, obowiązana jest używać w czasie jazdy kasków ochronnych odpowiadających właściwym warunkom technicznym”.

Za dopuszczenie do jazdy bez kasku odpowiadać mieliby dorośli sprawujący „opiekę lub nadzór mad małoletnim” – a więc nie tylko rodzice, lecz również instruktorzy w szkółkach narciarskich czy nauczyciele podczas wyjazdów szkolnych. Za niedopilnowanie przestrzegania nakazu groziłaby im kara nagany lub grzywny. Byłaby orzekana w trybie kodeksu wykroczeń.

Zapisy takie oznaczają jednak, że łamiącymi przepis musieliby zajmować się funkcjonariusze policji. Dlatego z egzekucją mogą być kłopoty.

Zwłaszcza, że żadnych powinności nie nałożono na właścicieli wyciągów i tras. A przecież mogli oni zostać zobowiązani chociażby do niewpuszczania dzieci bez kasków na swoje wyciągi. Ta łatwa do zastosowania i bezpośrednio odczuwalna restrykcja okazałaby się zapewne dużo skuteczniejsza. Aparat państwa wkraczałby dopiero w ostateczności.

Przepis o kaskach wymaga jeszcze - jak wspomniałem - akceptacji senatu i podpisu prezydenta. Później nowelizacja musi zostać ogłoszona w Dzienniku Ustaw. Dopiero 30 dni potem nakaz stanie się obowiązującym prawem. Do ferii zimowych pozostały tymczasem ledwie 2 miesiące.

Góry wracają do natury

09/11/2009, poniedziałek

Akurat ta moda powinna trwać wiecznie. Mowa o coraz powszechniejszej w zimowych kurortach tendencji „powrotu do natury”.

Pisałem tu już o francuskich akcjach sprzątania gór po sezonie zimowym czy o ekologicznych technologiach dośnieżających Snowmaker System w austriackim Pitztal i szwajcarskim Zermatt. Ale trend, by być przyjaznym środowisku przybiera też wiele innych form.

Przykładowo, renomowany austriacki kurort narciarsko-termalny Bad Kleinkirchheim (również już tu wzmiankowany) chlubi się tym, że coraz więcej pokoi hotelowych i apartamentów wykończonych jest drewnem limby. Bo choć w Karyntii górale od pokoleń używali limby jako budulca i surowca do stolarki (a także składali na to drzewo… rozmaite przysięgi i przyrzeczenia), to zwyczaj ten powoli zanikał. Dopiero teraz ma szanse ożyć dzięki… przemysłowi turystycznemu.

Natura w górach to m.in. drewno – tłumaczą szefowie stacji. Chodzić ma przy tym zarówno o wrażenia wizualne (wnętrza wyłożone drewnem i drewniane meble są po prostu ładne), jak zapachowe – wysoka koncentracja żywic i olejków w limbie powoduje, że drewno z niej ma przyjemny aromat. Ma mieć ono nadto właściwości antybakteryjne wszystkich gatunków drewna. Więcej: wedle badań instytutu Joanneum Research Forschungsgesellschaft z Grazu, osoby przebywające w pomieszczeniu z limby mają wolniejsze niż zwykle tętno – i to aż o ok. 3500 uderzeń na dobę, co odpowiada godzinie pracy mięśnia sercowego.
Stąd biorą się slogany promocyjne: „W Bad Kleinkirchheim nawet śpiąc, odpoczywa się w szczególny sposób” oraz „Udany dzień na nartach zaczyna się już nocą”.

Włodarze Bad Kleinkirchheim zarzekają się też, że bezzasadne są obawy, jakoby wycinanie drzew na potrzeby wystroju hoteli mogło zubożyć środowisko naturalne. Karynckie góry Nockberge są jednym z największych kompleksów limby w całych Alpach. – argumentują.

 Limbowy apartament w Bad Kleinkirchhein

Noclegi w pokoju z limbowego drewna (tzw. Nockberge ZirbenZimmer) stały się wręcz nową marką oferowaną przez stację. Tydzień takiego pobytu (dla dwóch osób, ze śniadaniami) kosztuje od 518 euro.

Najwyraźniej jednak powrót do natury widać we Francji. A to dlatego, że to tam w latach 70. najradykalniej lansowano pomysł pseudonowoczesnych ośrodków narciarsko-dyskotekowych. Stąd – oraz ze źle pojmowanych oszczędności – wzięły się szpetne blokowiska budowane nawet w wysokich górach (przykładem Val Thorens położone na 2300 m n.p.m.).

Od paru lat jednak wiele tego typu stacji próbuje zmienić oblicze na bliższe naturze i dobremu smakowi architektonicznemu. Jest to oczywiście wynik nacisku klientów, wynikającego właśnie z obecnej mody. Po prostu: coraz mniej jest chętnych na to, by podczas zimowego urlopu mieszkać w szarym wieżowcu z betonu. Prawidłowość ta dotyczy zwłaszcza zasobniejszych – a więc najcenniejszych – gości.

Stacje buduje się więc – i rozbudowuje – teraz we Francji zwykle w duchu alpejskim, a nie miejsko-rozrywkowym. Także remonty poszczególnych budynków stają się okazją do przywracania estetycznych standardów (bądź przynajmniej łagodzenia koszmarnych wrażeń).

Równolegle co rusz pojawiają się rozmaite drobniejsze przyjazne środowisku naturalnemu inicjatywy. Przykładowo, popularne także w Polsce Tignes (druga, prócz Val d’Isere, miejscowość słynnego regionu Espace Killy) zastrzega, że od obecnego sezonu mówi zdecydowane „nie!” drukowanym broszurom i katalogom reklamowym. Wszelkie wiadomości o noclegach, wyciągach, życiu nocnym, pogodzie, trasach itd. znaleźć będzie można na stronach internetowych ośrodka w wygodnym formacie pdf. „To proste: kliknij, pobierz i… pakuj swój bagaż” – zachęca stacja. A tym, którzy nie mają dostępu do Internetu, proponuje pomoc telefonicznego centrum informacyjnego.

Wielkie sprzątanie przed sezonem

06/11/2009, piątek

Ponad 3500 wolontariuszy wzięło w tym roku udział w wielkiej kampanii sprzątania tras narciarskich w Alpach francuskich przed nadchodzących sezonem narciarskim. Operacja objęła 55 ośrodków zimowych, a ze stoków usunięto w sumie 30 ton śmieci.

Akcję tę od lat prowadzi organizacja Mountain Riders, skupiająca narciarzy i snowboardzistów chcących uprawiać swe pasje w czystych górach. Znamienne, że w tym roku udało się zachęcić do udziału w przedsięwzięciu aż 2500 więcej ochotników w porównaniu do poprzedniej edycji.

Serwis Ski News Reporter alarmuje jednak, że drastycznie – bo niemal o 100 proc. – wzrosła też ilość zebranych śmieci. Przed sezonem 2007/2008 usunięto bowiem 17 ton. Nawet zważywszy na większą skalę akcji, oznacza to, że wielu użytkowników gór lekce sobie ważą apele ekologów o zachowanie środowiska w czystości.

Wielkim problemem okazują się choćby filtry od papierosów i niedopałki – tylko wzdłuż wyciągów zebrano ich ponad 30 tys.  Tymczasem, aby ulec biodegradacji, potrzebują od 2 do 15 lat! Jeszcze dłużej trwa rozkład wyrzuconych skipasów ( od 100 do 400 lat). O plastikowych butelkach i workach lepiej nie wspominać. A szklana flaszka zniknie dopiero po… 4 tysiącach lat. Ale nawet pozornie niewinne skórki od owoców biodegradują się dopiero po pół roku.
Równocześnie ponad połowa zostawianych w górach śmieci może podlegać procesowi recyclingu.

Z uroków francuskich Alp w zdecydowanej większości korzystają sami Francuzi (stanowią oni 75 proc. gości). Lecz wcale nie musi to oznaczać, że inne nacje pod tym względem zachowują się w górach dużo lepiej. Wystarczy przypomnieć sobie, co można znaleźć wzdłuż nartostrad i wyciągów w Polsce.

Szwajcarzy ceny trzymają, Francuzi podwyższają

04/11/2009, środa

Większość z 520 spółek zarządzających wyciągami w Szwajcarii zapewniło właśnie, że w nadchodzącym sezonie nie podniesie cen na skipasy o jednodniowym terminie ważności. To odstępstwo od tradycji: zwykle przed każdą zimą ceny takich karnetów rosły o 1-2 franki. Szef Stowarzyszenia Właścicieli Wyciągów, Peter Vollmer, wyjaśnił, że powodem jest panująca w Szwajcarii od 12 miesięcy deflacja. Przypomniał też, że ceny wyciągów wzrosły już przed sezonem letnim.

Niektóre ośrodki (m.in. Grindelwald i Sörenberg) zdecydowały się nawet na minimalne obniżki (o franka). 
Średnio za jednodniowy karnet na szwajcarskie wyciagi trzeba więc będzie zapłacić w tym sezonie  około 54 franki (czyli 35,6 euro).

Naturalnie są wyjątki. Ceny podniosą m.in. Laax i Gstaad (o franka) oraz St. Moritz, Lenzerheide,   Toggenburg i Zermatt (o 2 franki). Zermatt właśnie jest tyleż największym, co najdroższym obszarem narciarskim w Alpach szwajcarskich. Dzień jazdy zakosztuje tam teraz dorosłego 73 franki. Menedżerowie stacji tłumaczą podwyżki tym, że ich strategia finansowa obejmuje okresy dłuższe niż rok. Za punkt wyjścia biorą ponoć sezon 2007/2008, zakładają więc, że wciąż muszą podwyżkami wyrównywać straty wynikłe z inflacji dominującej w całym tym okresie. Dodają, że dla tak wielkich regionów są one dużo dotkliwsze niż dla mniejszych stacji.

Co jednak ciekawe, drugi pod względem wielkości kompleks narciarsko-wyciągowy w Szwajcarii, czyli Davos-Klosters postanowił tej zimy utrzymać ceny. Dzień jazdy kosztować tam będzie więc jak w poprzednim roku 67 franków.

 Davos Jakobshorn, styczeń 2009

Podobną do Zermatt strategię obrało równie słynne Chamonix. Ceny jednodniowych skipasów wzrosną tam tej zimy o 1,5 euro. W efekcie dzień jazdy będzie tam kosztował aż 40 euro. Nawet najzagorzalsi wielbiciele legendarnego francuskiego kurortu i mekki narciarstwa pozatrasowego na swoich forach internetowych są tyleż zdumieni, co wściekli. Alarmują, że podwyżka cen o 4 proc. w warunkach panującej również we Francji deflacji świadczy o biznesowej nieodpowiedzialności. Przypominają nadto, że już w ub. sezonie do Chamonix przyjechało aż o 12 proc. mniej gości z Wielkiej Brytanii (a Anglicy należą tam za najcenniejszych klientów) – i nie wiadomo, czy ta tendencja się nie pogłębi. Wyliczają, że rodzina z dzieckiem (jednym!) za dzień przyjemności na stokach Chamonix będzie musiała wyłożyć ponad 96 euro.

Zauważają wreszcie, że w Alpach francuskich są miejsca, z których niemal równie doskonale widać Mont Blanc, a ceny dziennego karnetu są niemal o połowę niższe.

Rodzice i dzieci w jednej jeździli stacji (II) - Katschberg

02/11/2009, poniedziałek

Austriacki Katschberg reklamuje się hasłem: Katschi - dziecięcy świat. Ale jego slogan promocyjny mógłby też brzmieć: Autostradą z samej góry.

– Już pod koniec tygodnia nauki zabieramy dzieci na normalne trasy – zapewnia Gottfried Krabath, szef szkółki narciarskiej FreschUp w Katschbergu, którą to stację można uznać za spełnienie ideału dla narciarskich (czy narciarsko-snowboardowych) rodzin. Ta położona w Karyntii w okolicach jeziora Millstätter See stacja jest pod tym względem moim bezapelacyjnym odkryciem minionego sezonu.

Katschberg bowiem to 70 km tras o wszelkich stopniach trudności (plus możliwość jazdy poza trasami – w puchu i w lesie, którą Gottfried proponuje rodzicom maluchów uczących się w jego szkółce). A już specjalnie dla dzieci: wydzielone wyłącznie dla nich partie stoku i trasy,  wyciągi wyposażone w zabezpieczenia przed wypadnięciem, park zabaw na śniegu, pawilony, w których mogą się ogrzać i właśnie szkoły narciarskie ze specjalnie dobieranymi dla grup dziecięcych instruktorami. Atrakcją może być też bio-wyciąg, ciągniony przez… nordyckie konie.

 Katschi - dziecięcy świat

Niebagatelnym atutem jest i to, że stacja leży na wysokości ponad 1600 m n.p.m. i sprawia wrażenie niemalże odciętej od świata. Na wszelki jednak wypadek wszystkie trasy mogą być sztucznie dośnieżone. Nie bez przyczyny więc „Katschi Kinderwelt” jest uznawany w Austrii za jeden z najlepszych ośrodków zimowych dla dzieci.

A kiedy już dziecko zacznie sobie samodzielnie radzić, cała rodzina może wybrać się na sześciokilometrową trasę z górującego nad Katschbergiem szczytu Aineck (2220 m n.p.m.), którą Austriacy nazwali (i oznaczyli) jako… autostradę A-1. Bo rzeczywiście – tak z racji szerokości, jak jednostajnego nachylenia i doskonałego bez względu na pogodę przygotowania (jeździłem tam w potwornej śnieżycy, ale na A-1 nie napotkałem najmniejszej muldy czy zaspy). Na dodatek właśnie w zbliżającym się sezonie (w Katschbergu ruszy on 28 listopada) dotychczasowe orczyki zastąpi tam gondolka długości 1,7 km. Kosztowała 10,8 mln euro i w ciągu godziny może wywieźć na Aineck 2400 pasażerów.

Katschberg leży wreszcie niedaleko Bad Kleinkirchheim – światowej już sławy kurortu, znanego z nart, term i… Franza Klammera, wielkiego zjazdowca, który dziś zajmuje się promocją swojego miasteczka. Wytyczył tam m.in. nową trasę Pucharu Świata, którą naturalnie nazwano jego imieniem. Kiedy jednak, mając w ub. roku okazję do rozmowy z mistrzem, zapytałem, czy nie woli jeździć po starej trasie zjazdu, bo mnie wydaje się ona ciekawsza, potwierdził bez wahania.

Bad Kleinkirchheim, rozmowa z Franzem Klammerem

Sąsiedztwo obu stacji daje jeszcze inną możliwość. Otóż obie należą do tzw. karuzeli narciarskiej Millstätter See. Obejmuje ona połączone jednym karnetem 34 ośrodki zimowe (1031 km tras!) położone wokół tego jeziora. Można więc zamieszkać nad jego brzegiem i po ok. 30 min.  jazdy samochodem lub hotelowym busem próbować kolejne stacje (a są wśród nich także m.in. Turracher Höhe czy lodowiec Mölltaler).

Pakiet składający się z 7 noclegów (z dwoma posiłkami) w 3-gwiazdkowym hotelu dla 2 dorosłych i dziecka do lat 14, Topskipass Kärnten-Osttirol dla wszystkich, biletu na dwie 3-godzinne wizyty w termach w Bad Kleinkirchheim oraz z tzw. książeczki atrakcji (zniżki na kursy narciarskie, przejażdżki saniami, wstępy do krytych pływalni itd.) kosztuje od 1089 euro.  Oferta ta nie obowiązuje jedynie w okresie świąteczno-noworocznym (a więc między 19 grudnia 2009 a 8 stycznia 2010) oraz austriackich ferii (czyli między 23 stycznia a 26 lutego 2010).

Równocześnie jednak od 7 stycznia 2010 do zakończenia sezonu dzieci do lat 14 posiadające Topskipass Kärnten-Osttirol we wszystkich 34 okolicznych ośrodkach mogą korzystać z wyciągów za darmo!