Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

30.11.2015
poniedziałek

Między paryskim szczytem a tyrolskimi lodowcami

30 listopada 2015, poniedziałek,

Kiedy do Paryża zjeżdżali władcy tego świata zjeżdżali, by zastanawiać się nad tzw. globalnym ociepleniem, miałem okazję przypatrzeć się aktualnej kondycji trzech znanych (i ważnych turystycznie) europejskich terenów lodowcowych w Tyrolu.

Sprawa okazuje się skomplikowana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pitztaler Gletscher, 3440 m n.p.m. (fot. Paweł Kempa)

Hintertux to jedyny udostępniany przez okrągły rok narciarzom lodowiec Tyrolu. Stubai – największy pod względem długości tras narciarskich. Pitztal wreszcie to najwyższy spośród nich (jeździ się tam prawie z wysokości 3440 m n.p.m.). Każdy ma inny charakter: dwa pierwsze, głównie z racji swej wielkości, są niemal fabrykami turstycznego biznesu, ostatni jest najdzikszy i najbardziej kameralny. Ale na każdym można usłyszeć zaniepokojenie skutkami obecnych tendencji klimatycznych.

Sprowadza się ono do jednego mniej więcej wniosku: choć z opadami śniegu nie jest wcale w ostatnich latach najgorzej, to mogą one nie wystarczyć na uzupełnienie strat powstałych z topnienia europejskich lodowców w efekcie coraz bardziej upalnych miesięcy letnich.

Symbolem (a w zasadzie fatum) okazuje się miniony sierpień. Praktycznie wszystkie lodowce tworzące wspomniane trzy obszary skurczyły się po lecie 2015 o ok. 4 metry. Oczywiście różnie wygląda to w zależności od wysokości – bo w górnych partiach grubość lodowców czasem nawet się powiększa (por. jeden z ostatnich wpisów) czy ekspozycji – największe ubytki notuje się oczywiście na zboczach najbardziej wystawionych na działanie słońca, czyli wschodnich i południowych, a już na północnych jest nieco lepiej, choć tam przecież spadły śnieg dużo trudniej wiąże się z podłożem (na przykładach w terenie pokazywał mi to wszystko Michael Walser, jeden z najbardziej uznanych przewodników obszaru Pitztaler Gletscher, a z naukową precyzją tłumaczył Thomas Nenner, promotor skitouringu i biegów górskich w tym rejonie).

Wielkie znaczenie ma wreszcie ochrona natury przez człowieka. Dość powiedzieć, że dziś w każdej szanującej się stacji lodowcowej przynajmniej podpory wyciągów obkładane są specjalną biało-szarą włókniną, by zminimalizować oddziaływanie promieni słońca przynajmniej w tych najbardziej narażonych na ich szkodliwe działanie miejscach. Barbara ze Stubaier Bergbahnen przekonuje przy tym, że umocowanie mat zajmuje sporej grupie robotników (i ratraków) co najmniej miesiąc (osłony trzeba albo założyć na lato całkiem od nowa, albo przynajmniej poprawić te, które przetrwały zimę). Znaczenie ma też dośnieżanie tras na lodowcu czy po prostu rozprowadzanie po nim ratrakami zmagazynowego wcześniej i ochronionego przed stopnieniem śniegu (ile to kosztuje, to inna sprawa).

Fatalnej tendencji nie da się zaprzeczyć. Co z tego, że w Alpach pada ostatnimi laty wcale nieźle (choć są pewne różnice w zależności od ich partii: tak było choćby w 2014 r., kiedy to upały dotknęły wprawdzie północną Europę, ale już akurat tyrolskie lodowce nie poniosły większych strat)… Faktem jest bowiem – miejscowi widzą to co rok gołym okiem, a naukowcy pokazują bezwzględne wyniki pomiarów – że alpejskie lodowce generalnie się kurczą.

Inna rzecz, że na krótką metę dla zimowych kurortów jest w tym i nadzieja: dość powiedzieć, że kiedy przed trzydziestu laty budowano instalacje na lodowcu Pitztal, mało kto wierzył, że w tak wysoko położonym – a więc wydawałoby się wietrznym i zimnym miejscu – będzie można jeździć na nartach w listopadzie, grudniu czy styczniu. Teraz – właśnie wskutek ocieplenia się klimatu – jest to możliwe, a paradoksalnie stało się ono atrakcją. Tyle że cieszyć się z takiej prawidłowości mogliby najwyżej nader beztroscy menedżerowie i właściciele.

To dlatego także w tym sezonie – po tegorocznym nadzwyczaj upalnym lecie – gospodarze lodowców wciąż wypatrują silnych opadów (a i czekają na wieści z paryskiego szczytu).

Na razie wprawdzie zdecydowana większość tras jest już udostępniona narciarzom, ale tuż obok wiele miejsc pozostaje wciąż odkrytych. Dzięki temu łatwiej wyobrazić sobie fenomen tego zjawiska natury – lecz jazda off piste jest wciąż obarczona wielkim ryzykiem z racji i licznych szczelin, i cienkich wciąż śnieżnych mostków, które pokrywają niektóre z nich. W innych stacjach śniegu wciąż jednak nie ma, więc lodowce wydają się nadal najpewniejszym wyborem na pierwsze wyjazdy sezonu 2015/16.

PS Szczegółowy raport zarówno o warunkach, jak i nowościach na Tux, Stubai i Pitztzal zdam w najbliższych notach.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php