Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

24.12.2013
wtorek

Narty z duszą

24 grudnia 2013, wtorek,

Tym razem nazwa trafiona jest idealnie. Miałem właśnie okazję przekonać się, że model „Soul” z serii „7” firmy Rossignol ma (pomimo swych gabarytów) duszę nawet na przygotowanej, twardej trasie – a więc zapewne i w puchu, bo to głównie do niego został stworzony.


Było tak: w wypożyczalni Nenner przy dolnej stacji gondoli wywożących na lodowiec Hintertux poprosiłem o narty podobne do moich starych, sprawdzonych w różnych sytuacjach Rossignol „Bandit” bądź do równie uniwersalnych BBR-ów Salomona. Informacje o warunkach śniegowych i prognozy pogody były wszak jednoznaczne: na razie jeździć da się praktycznie tylko po trasach, a na dodatek – mimo połowy grudnia! – także na lodowcu temperatura może sięgać nawet paru stopni powyżej zera. Potrzebowałem więc nart z grupy all mountain, zdolnych sprostać twardej zapewne z rana, a potem miękkawej nartostradzie.

Subiekt spojrzał na mnie badawczo, po czym udał się w gąszcz stojaków i przytaszczył wielkie czarno-żółto łopaty ze sporym rockerem. Musiałem wyglądać na zdziwionego, bo od razu rzucił uspokajająco: Dasz radę! One są świetne! Już na nich jeździłem.

Miał w ręku „Soul” – jeden z pięciu modeli flagowej w tym sezonie serii Rossignola, oznaczanej przez producenta cyfrą „7”. Zachwyty na jej temat czytałem nie tylko w folderach reklamowych (Rossignol przekonuje, że „7” to „przyszłość freeride’u”). Chwali je także choćby uczestnicy World Ski Test’ 2013, czyli jednego z najbardziej uznanych w branży testów narciarskich, firmowanego przez samego mistrza Franza Klammera.

Tyle że chłopak z wypożyczalni proponował mi narty długości… 188 cm i szerokości pod butem 108 mm (sam nie mam chyba nawet 170 cm wzrostu – wprawdzie w życiu jeździłem na nartach 195 cm, lecz było one dużo węższe i zdarzyło się w minionym stuleciu). Subiekt powtórzył jednak zachętę, dodając tylko, że gdyby Soule mi się nie spodobały, to na samym lodowcu działają jeszcze dwa punkty Nenner, więc mogę w każdej chwili wymienić sprzęt.

Cóż było robić: raz kozie śmierć. Lekką sensację moje narty wzbudzały już w gondoli. Nie tylko ich dziwne, zważywszy na warunki, gabaryty, ale też ów spory rocker, a już zwłaszcza przeźroczyste niemal dzioby i piętki o konstrukcji podobnej do (wyraźnie zresztą widocznego) plastra miodu. To tzw. Air Tip: wedle inżynierów Rossignola powietrze w wolnych przestrzeniach „plastra” dziobu ma nie tylko obniżać wagę narty (faktycznie, wielkie, było nie było, „Soul” ważą 3,8 kg). Znaczenie ma i to, że dzięki temu środek ciężkości przesunięty jest zdecydowanie pod stopy narciarza, a dzioby i piętki pracują niejako oddzielnie od reszty konstrukcji, co poprawia skrętność i stabilność.

Co najważniejsze, promocyjne wywody producenta okazują się… prawdą. Już po pierwszych kilku skrętach ani mi w głowie było wymieniać moich Souli, choć rzeczywiście nigdzie nie było puchu.

Pierwszego dnia, na lodowcu, śnieg był przedniej jakości, a szerokie trasy pozwały na większe prędkości. Promień skrętu Rossignol „Soul” długości 188 cm to 18 m, więc szło idealnie. Ciekawe, że pomimo sporego rockera, nie było mowy o żadnych irytującym „kłapaniu” dziobów. Lecz i na stromszych  miejscach Tuxa (wykorzystywanych do treningów slalomu) łopaty spisywały się nad wyraz.

Kolejny test Soule przeszły następnego dnia w rejonie Mayerhofen. Tam było węziej i niżej – co przy wiosennej w istocie pogodzie (powtórzmy: rzecz dzieje się w połowie grudnia) oznaczało najpierw śnieg dobry, potem mokrawy, a pod koniec dnia – wylodzenia. Czasem były tam też miejsca faktycznie strome, bo wprawdzie słynna Harakiri o nachyleniu sięgającym 78 proc. była (jak tu niedawno wspominałem: „W Mayerhofen nie tylko Harakiri”, 16 grudnia b.r.) z racji niedostatku śniegu zamknięta, lecz vis a vis można było spróbować co najmniej tak samo wymagającej, bo niemal równie spadzistej i to na całej długości, czarnej trasy z Horbergkarspitz (2278 m n.p.m.). I na niej jednak skręty na Soulach nie sprawiały kłopotu.

Któryś z testerów World Ski Test napisał w swojej karcie ocen, że to „szerokie deski, które mogą wprawić w osłupienie”. Inny stwierdził: „Rzetelne na trasie”. Obaj dotknęli sedna. Teraz marzę tylko, by spróbować ich w terenie. Potencjalni chętni chcieliby też pewnie, by były nieco tańsze, bo na razie w polskich sklepach kosztują niemal 3 tys. złotych. Ale przecież już wkrótce powinny się zacząć posezonowe obniżki…

PS. Gdy w domu sprawdziłem tabelę dobru długości nart Rossignola, okazało się, że teoretycznie powinienem jeździć na Soulach 172 cm. Czy wtedy osłupienie byłoby jeszcze większe?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 0

Dodaj komentarz »
  1. Gospodarzowi i Blogowiczom życze spokojnych, radosnych, spedzonych bez trosk w gronie Najbliższych, Świąt Bozego Narodzenia, oraz bogatego Dzieciątka.
    Oraz śniegu na Święta.

  2. Szanowni Państwo,
    dobrych Świąt i dobrego 2014 – z pięknym śniegiem i krzepkim zdrowiem, z odrobiną szaleństwa i mnóstwem spokoju, z frajdą i życzliwością wobec Innych i od Innych. Abyśmy, po prostu, umieli iść w życiu po słonecznej stronie (jak za piosenką Papiernika powtarzał Marek Edelman)
    Krzysztof Burnetko

  3. No jestem ciekawe jak spisywałby się ten model w rozmiarze według tabeli, bo to jest jednak 16cm różnicy…

  4. I znów spam.
    Dziwię sie, że Redakcja nie reaguje na zalew kryptoreklamy. Dziala w ten sposób na własna szkode. Gdzie jest moderacja.

  5. Panie Andrzeju,
    prosiłbym jednak o doprecyzowanie, gdzie w komentarzu Jooneka widzi Pan kryptoreklamę – przeczytałem go po Pana wpisie raz jeszcze uważnie i musiałbym być wyjątkowo podejrzliwy, by cień jej dostrzec.
    Ale faktycznie rzecz jest warta dyskusji: otóż jakiś czas temu pojawił się pogląd, że w mediach nie powinno się wymieniać w pozytywnym kontekście żadnych nazw firm czy inicjatyw, bo może to oznaczać kryptoreklamę. W ten sposób jednak niszczy się mnóstwo pożytecznych pomysłów. Czasem są one biznesowe – ale co złego w pochwaleniu dobrej roboty (choćby zyskownej), często, jeszcze gorzej!, charytatywne. Tymczasem, niech mi Pan wierzy, bo znam tę branżę od ponad ćwierćwiecza, jest mnóstwo takich metod reklamowania chłamu, które są dużo trudniej wykrywalne przez odbiorcę.
    Pozdrawiam
    kb

    kb

css.php