Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

18.08.2012
sobota

Cud w Alpach (i statystyki sprzed niemal wieku)

18 sierpnia 2012, sobota,

Media informowały niedawno o 70-letnim niemieckim turyście, który przeżył tydzień w lodowej szczelinie na wysokości 3000 m n.p.m. w Alpach Sztubajskich. Ratownicy uznali to za cud. Historię tę warto zderzyć z analizami przyczyn wypadków w Alpach z przełomu minionych stuleci. Bo okazuje się, że w ludzkiej mentalności niewiele się zmieniło.

Teraz było tak (relacja za źródłem wskazanym mi przez Andrzeja52): 70-letni Niemiec 8 sierpnia opuścił samotnie (to ważne) jedno ze schronisk w Alpach Sztubajskich z zamiarem zdobycia Schrankogel (3507 m n.p.m.), czyli drugiego co do wysokości szczytu tego pasma. Nie zapisał się jednak w tzw. księdze wyjść (znowu ważne). Był ponoć nieźle wyposażony, tyle że zapomniał… raków (to też istotne).

Na poziomie ok. 3000 m n.p.m., przechodząc przez lodowe pole, poślizgnął się i wpadł do głębokiej na 20-metrów szczeliny. Choć ekipy ratownicze przez kilka dni przeczesywały okolice, nie natrafiły na poszukiwanego. Uratował go przypadek (czy też cud właśnie). Pomimo, że nie było już większych nadziei, trzech rodaków zaginionego postanowiło spróbować raz jeszcze przejść drogą, którą mógł wybrać. Kiedy mijali jedną z lodowych szczelin, usłyszeli: „ Nareszcie jesteście!”. Okazało się, że szczęśliwie miał niewielki zapas żywności i płynów, co pozwoliło mu się odżywiać. Ale już na pewno cudem było to, że przez ten tydzień wśród lodu nie zmarł z wychłodzenia.

Akurat trafiłem niedawno na numer Śląskiej Gazety Lekarskiej z 1947 r. z recenzją książki włoskiego medyka Roberto Galatti „Wypadki śmierci w Alpach ze szczególnym uwzględnieniem techniki wyszukiwania i oględzin zwłok”. Autor analizuje „1447 wypadków śmiertelnych zaszłych w okresie 45 lat – od r. 1890 w górach alpejskich”, a konkretnie – „w rejonie Montblanc [tak w oryg. – KB]”.

Okazuje się, że przyczyny letnich tragedii w Alpach wciąż są identyczne. Zdecydowana bowiem większość wypadków śmiertelnych dotknęła turystów wędrujących bez przewodników. Tyczy to zarówno turystów zakwalifikowanych jako „niedoświadczeni”, jak tych „doświadczonych”.

I tak, w wypadkach śmiertelnych w okolicach Mont Blanc na przełomie XIX i XX wieku prawie 46 proc. ofiar to „turyści niedoświadczeni, którzy w krytycznej chwili odbywali wyprawy bez przewodników”. Blisko 24 proc. zgonów zanotowano „wśród doświadczonych turystów bez przewodników”. Osobną grupą byli alpiniści wędrujący w pojedynkę – wedle ustaleń dr. Galatti stanowili oni ok. 9 proc. ofiar.
Tymczasem tylko niespełna 10 proc. turystów zginęło w trakcie wyprawy z przewodnikiem.

Przypadek niemieckiego turysty jest więc klasyczny: samotna wycieczka, a więc siłą rzeczy bez przewodnika. Do tego dochodzą równie klasyczne błędy: zlekceważenie obowiązujących w górach zwyczajów czy wręcz procedur (zapis w księdze wyjść) oraz niedostateczne (brak raków).
Na korzyść 70-latka można zapisać za to dużą odporność – i fizyczną, i psychiczną.
Dr Galatti wśród przyczyn tragedii wylicza bowiem „atmosferyczne, fizjologiczne i patologiczne”. Do tych pierwszych zalicza „szybkie i znaczące różnice temperatur (zbyt niska lub zbyt wysoka temperatura, różnice zależnie od wysokości i znaczne, nieoczekiwane zmiany w krótkich odstępach czasu), nadmierne nasłonecznienie (udar słoneczny, w zimie ślepota śnieżna), zbytnie zawilgocenie powietrza, mgły, burze (pioruny), gołoledź”.
Z czynników fizjologicznych rolę grały „przede wszystkim choroby układu krążenia”, ale też „niewłaściwe odżywianie się, nadużycie alkoholu, nieodpowiednie przygotowanie fizyczne”, a wreszcie właśnie „brak opanowania nerwowego”.

Znamienne w końcu, że w okresie 1890-1935 w Alpach notowano stosunkowo mało śmiertelnych wypadków w zimie. Dziś te akurat proporcje mocno się zmieniły w związku z umasowieniem narciarstwa. Na dodatek w związku z panującą od kilku lat modą na skitoury i jazdę poza trasami spory odsetek tragedii to te z udziałem doświadczonych narciarzy oraz uczestników wypraw prowadzonych przez certyfikowanych przewodników.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Przedwojenna gazeta z 1947 roku to sprzed jakiej wojny? 😉
    9 proc. ofiar spośród samotnych alpinistów wobec 10 proc. ginących z przewodnikami to ma być gorzej? 😯

  2. Oczywiście się przejęzyczyłem: miesięcznik jest z 1947 r., a tylko recenzowana książka dotyczy czasów przedwojennych (i to mocno, bo częściowo nawet sprzed I wojny światowej). Przepraszam, już poprawiam.
    A co wniosków: dr Galatti w analizie przyczyn śmiertelnych wypadków w Alpach skupia się – oczywiście w oparciu o statystyki – na porównaniu wypraw bez przewodnika (w tej grupie także siłą rzeczy – samotnych) oraz wyjść z przewodnikiem. I wywodzi, że te pierwsze niosą jednak dużo większe ryzyko śmierci. Prawidłowość ta do dziś jest chyba w wysokich górach zasadna – nie tylko latem, ale i zimą podczas wypraw skitourowych i jazdy poza trasami. Bo choć – jak pisałem – ostatnio niepokojąco wzrosła liczba wypadków grup z przewodnikami, to jednak generalnie skorzystanie z towarzystwa osoby znającej teren i mającej doświadczenie w górach obniża ryzyko. A już szczególnie niebezpieczne są zimą wyprawy w pojedynkę (choć, przyznam, mają swój urok…).

  3. Panie Krzysztofie.
    Wyprawy, szczególnie w wysokie góry , w pojedynkę sa szczególnie niebezpieczne nie tylko zima, ale w równym stopniu latem. Szczególnie przechodzenie przez lodowce. Za kilka tysiecy lat znajdą w masywie Mont Blanc nowego Otzi, czyli Polaka który w listopadzie wybrał sie samotnie na szczyt i na lodowcu zaginął.
    Jak jesteśmy sami i coś się stanie, to nawet nie ma kto wezwać pomocy (niestety ale komórki nie wszędzie mają zasięg).
    Przeglądając książkę pamięci koło starego kościółka w Sulden, zauważyłem że najwięcej wypadków śmiertelnych było wiosną i jesienią (wśród wspinaczy).
    Wczoraj znowu Słowacy musieli sprowadzać z Gerlacha polskich rannych turystów. Przyczyna: wybrali się na wyprawy przed południem i po zmroku zeszli ze szlaku, co skończyło się powaznym wypadkiem. A co się orientuję, to na Gerlacha można iść tylko z przewodnikiem.
    Spotkałem niedawno pare turystów idących z Kubalonki na Baranią Górę, było to koło południa, dosyć wysoka temperatura, a mieli na wyposażeniu małą butelkę wody i malutki plecak, oczywiście żadnych kurtek, a za mapę służył im GPS w telefonie. Niestety, szlaków w nim nie było i musieli pytać o drogę staroswieckiego faceta z papierową mapą i załadowaną „czterdziestką” na plecach (czyli mnie).
    Pozdrawiam

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Andrzeju,
    zastanawiające jest, co robi nowoczesna technologia ze, zdawałoby się, dotąd rozsądnymi i doświadczonymi ludźmi. Przez kilka dni gościło u mnie dwoje znajomych z Polski w drodze do Chamonix. Pytani, którędy jechali przez Szwajcarię (przejście graniczne, trasa przez góry) nie potrafili odpowiedzieć. Zarejestrowali w pamięci Stuttgart w Niemczech, a tutaj tylko ostatnie jezioro po drodze, więc wiem, że musieli jechać przez Lucernę i 1000-metrową przełęcz, której zwyczajnie nie zauważyli 😯
    Jak to możliwe?
    Otóż od niedawna mają w samochodzie nawigację i nie wzięli ze sobą dawnych stosów map i atlasów. Skupieni na ekranie i głosie z urządzenia nie potrafiliby odtworzyć drogi, którą przebyli 🙄 Wczoraj pojechali dalej z wydrukowaną przeze mnie ciekawą trasą przez góry m.in. przełęcz de la Forclaz, wg nawigacji była do wyboru trasa przez płatny tunel lub „dookoła świata” przez Genewę…
    Dotarli szczęśliwie na miejsce, choć nie bez komplikacji. Już poniżej przełęczy nawigacja skołowana serpentynami kazała im zawrócić, co posłusznie uczynili, aby się (znowu na przełęczy) przekonać, że są na właściwej, bo jedynej możliwej drodze 😉

  6. Wystarczy obowiązek posiadania raków podczas wchodzenia na lodowiec (coś na kształt opon zimowych u samochodów) , obowiązek zgłoszenia planowanej wyprawy w którymś schronisku, a wszystkie zgłoszenia byłyby scentralizowane, oczywiście po powrocie należałoby się odhaczyć. Na czas wyprawy każdy dostawałby za darmo nadajnik z GPS co i tak wyszłoby taniej niż akcje poszukiwawcze i wielogodzinne przeczesywania terenu. Po ewentualnym przejściu lawiny łatwiej byłoby namierzyć gdzie szukać żywych lub zwłok. Tak czy inaczej wierzę że byłoby taniej i szybciej. Co do przewodników, to wcale nie dają oni gwarancji większych szans przeżycia, a ludzie nawet przy przewodniku potrafią robić dziwne rzeczy.

  7. Pieszy,
    a jak chcesz ten obowiązek posiadania raków i ich właściwe zastosowanie wyegzekwować? I jeszcze składy nadajników GPS w każdym schronisku (z czekaniem na wolny aparat?) oraz centralna rejestracja wyjść i powrotów? 😯
    Mnie się wydaje, że każdy alpinista (samotny czy w grupie) ryzykuje życie i zdrowie na własną odpowiedzialność i to w jego interesie jest zadbanie o minimum bezpieczeństwa (np. zaangażowanie dobrego przewodnika, ubezpieczenie na wypadek kosztów poszukiwania i akcji ratunkowej) oraz poinformowanie osób (rodziny, przyjaciół) które jego zaginięciem rzeczywiście się zmartwią.
    Jeśli wychodzi się ze schroniska, to dobrze jest się wpisać do książki wyjść i zameldować powrót, także telefonicznie, jeśli nie wraca się w to samo miejsce. Ale to jest kwestia górskiego savoir vivre i nie lekceważenia czasu, zdrowia i nerwów innych ludzi.
    Nadajnik GPS czy detektor lawinowy pomagają na ogół w odnalezieniu zwłok, bo istotne przy zasypaniu lawiną jest pierwszych 15 minut, potem szanse na przeżycie gwałtownie maleją.

  8. Przejazd do Chamonix ze Szwajcarii przełęczą de la Forclaz daje tyleż emocji, co wrażeń krajobrazowych. Raz miałem na dodatek szczęście jechać tamtędy o świcie – i to już byłą absolutna magia.
    No i od strony przełęczy wjeżdża się do Chamonix od chyba najpiękniejszej – bo wciąż mającej nieskażony alpejski charakter – strony.
    Na dodatek potem czekał mnie pierwszy w życiu zjazd Valle Blanche. A potem poznałem inne, już mniej turystyczne :), warianty zjazdów z Aiguille du Midi – i one dały jeszcze większe szczęście. Oczywiście robiłem je z przewodnikiem, ale… no właśnie: zdarzyło się, że jeden z nich na koniec wyprawy – już po powrocie do Chamonix – podsumował, że w zasadzie… nie powinien zgodzić się na zjazd z naszą grupą, bo warunki są już zbyt niebezpieczne, temperatura za wysoka i mostki śniegowe nad szczelinami mogły nie wytrzymać!
    Podobną sytuację miałem w Soelden, gdzie przewodnik (inna rzecz, że tylko polecony przez miejscowych speców od turystyki instruktor, a nie
    przewodnik z uprawnieniami) pojechał z nami poza trasy w tak mokrym śniegu, że… aż słychać było, że lada chwila zjedziemy z lawiną.

  9. nemo
    Nawigacji ani żadnych GPS-ow nie mam i nigdy nie będę miał. Kazdy wyjazd w nieznane strony przygotowuje pół roku wcześniej, mapę widę na szybie przed sobą. Podobnie trasy wędrówek w górach. Bardzo pomocny jest przy tym HIKR.
    Również wychodząc w góry, czy to w moje Beskidy, czy w Alpach informujemy rodzinę(oraz gospodarzy) o trasie i przybliżonym czasie powrotu. Oczywiście wcześniej zasięgam u gospodarzy informacji o górce i , co bardzo ważne, przewidywanej pogodzie. A to w tym roku bardzo mi sie przydalo. Celem była górka Laempersberg (2202m, +1000m), na godz 17 była przewidziana burza. Mając te wiadomości odpowiednio zaplanowałem trasę i udało się nam wrócić przed burzą, która przyszła z dokładnością szwajcarskiego zagarka. Nie chciałbym jej przeżyć w górach.
    pieszy
    Zamiast tych wszystkich obowiązków, wystarczy trochę zdrowego rozumu, mniej (albo wcale) brawury, trochę respektu przed naturą. Zawrócić i być całym nie jest niczym nagannym, chyba że chce się zaimponować przed innymi.
    Pozdrawiam

  10. Zawrócić i być całym nie jest niczym nagannym.
    Przepraszam, miało być : nie przynosi wstydu.

  11. Nawigacja przydaje się znakomicie do szukania dokładnego adresu w dużym obcym mieście. W górach należy mieć dobrą mapę.
    Informacje o pogodzie to, rzecz jasna, jeden z warunków dobrego przygotowania wędrówki. Nie tylko w Alpach można zostać zaskoczonym gwałtowną burzą z piorunami i gradobiciem, ostatnia tragedia w Pieninach powinna dać potencjalnym wędrowcom do myślenia.
    Rozsądek nakazuje startować we wczesnych godzinach rannych, aby powrót nie był zagrożony rozmiękłym śniegiem, burzą, zapadnięciem ciemności…
    Andrzeju,
    pisząc o respekcie wobec natury masz najzupełniejszą rację.
    Znajomość własnych sił i słabości, odpowiednia odzież i zapas jedzenia oraz picia, pamiętanie, że nie wszędzie jest zasięg sieci, i że helikoptery mają problemy z lataniem we mgle i niepogodzie, i… możemy ruszać na szlak 😉
    PS.
    Mam za sobą niejedną burzę w górach, najgorsza była na grani powyżej 3500 mnpm. Mam je wszystkie zakodowane w pamięci i jak zaczyna błyskać, to mi się zapala czerwone światełko, a monitor w mózgu zaczyna odtwarzać przeżyte sceny… Nie życzę nikomu takich wspomnień.

  12. Skądinąd jest rzeczą imponującą, z jaką precyzją alpejskie służby meteo potrafią przewidywać pogodę w poszczególnych dolinach i masywach…
    Też do dziś pamiętam burzę na lodowcu Grande Motte w Tignes – był początek maja, super śnieg, jadę sobie kolejny raz krzesłem na 3100 m n.p.m., a tu nagle grzmoty i błyski plus śnieżna nawałnica. Te ostatnie 300 metrów do górnego peronu było pomieszaniem poczucia bezradności, strachu i… jednaki zachwytu Naturą. A potem spylałe na dół do doliny, ile narty dały. Ta burza zaskoczyła nawet speców od meteo w Espace Killy.

css.php