Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

15.09.2011
czwartek

Alkohol, kaski i ratownicy

15 września 2011, czwartek,

To dobra ustawa, która wpłynie pozytywnie na naszą skuteczność – napisał na stronie internetowej Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego naczelnik Jan Krzysztof. Chodzi o podpisaną właśnie przez prezydenta ustawę „o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich”.

Dotychczas nie było jednego aktu regulującego te kwestie, natomiast wiele stosownych przepisów zawierały rozmaite rozporządzenia.

W myśl ustawy narciarz lub snowboardzista do ukończenia 16-tego roku życia będzie musiał mieć w czasie jazdy kask. Za niedopilnowanie tego nakazu opiekunom dziecka grozić ma grzywna. Obowiązek taki (dla dzieci do 15 roku życia) wprowadzono już wprawdzie w połowie sezonu 2009/2010 roku ustawą o kulturze fizycznej, ale rychło została ona zastąpiona ustawą o sporcie, a w niej o kaskach mowy już nie było.

Nowe przepisy zabraniają także jazdy „w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego”. I tu karą może być grzywna. Zarządzający terenem narciarskim będą mogli odmówić wstępu albo nakazać opuszczenie stoku osobie, której zachowanie na to „wyraźnie wskazuje”.

Ustawa precyzuje również zasady finansowania ratownictwa górskiego. Dotąd regulowały to ustawy o finansach publicznych oraz o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. TOPR i GOPR dostawały pieniądze z budżetu (w bieżącym roku – 9 mln złotych), ale ratownicy skarżyli się, że pokrywają one ledwie połowę kosztów. Reszta pochodzić musiała z tzw. źródeł własnych organizacji, czyli od rozmaitych sponsorów i darczyńców. Ta pula jest jednak zawsze mocno niepewna.

Teraz, zgodnie z sugestiami ratowników, konkretne działania TOPR i GOPR budżet państwa (a konkretnie ministerstwo spraw wewnętrznych) opłacał będzie w całości. Zakres zadań ratowników zostanie w efekcie precyzyjnie określony (ustali go corocznie MSWiA w zależności od tego, jakimi środkami będzie dysponował). Równocześnie pojawi się szansa na racjonalne wydatkowanie publicznych pieniędzy, bo resort ma szerokie uprawnienia kontrolne. Oczywiście niezależnie od tego TOPR i GOPR będą mogły być dofinansowywane przez samorządy. Dostaną nadto 15 proc. z biletów wstępu do leżących w górach parków narodowych.

Ustawa oddziela przy tym ratownictwo górskie od „organizowania i finansowania” ratownictwa na zorganizowanych terenach narciarskich – to znajdzie się w gestii zarządzających stokami. Tworzy też nowy zawód – „ratownika narciarskiego”. Osoby z takimi uprawnieniami będą dbać o bezpieczeństwo na terenach narciarskich (dotąd stacje musiały wynajmować w tym celu ratowników górskich, którzy mają wyższe kompetencje, ich praca kosztuje więc więcej).

Nowe przepisy nie regulują natomiast tzw. prawa śniegu (czyli możliwości wytyczania tras narciarskich przez cudze grunty), o co w niektórych turystycznych miejscowościach toczy się spór między właścicielami wyciągów a mieszkańcami.

Ustawa wejdzie w życie po trzech miesiącach od ogłoszenia.

Jan Krzysztof określą ją jako „jeden z najważniejszych kroków w ponad 100 letniej tradycji ratownictwa górskiego w Polsce”. Faktycznie, nakaz jazdy w kaskach dla dzieci i zakaz jazdy po piwie z wódką albo paru jointach wydają się być – wobec niefrasobliwości, czy po prostu głupoty wielu rodaków – jak najbardziej zasadny. Może jednak szkoda, że ustawodawcy nie zdecydowali się na równie radykalne rozwiązanie w kwestii finansowania akcji ratowniczych? Chociażby wprowadzenia obowiązkowego ubezpieczenia (wliczanego. na przykład, w cenę karnetów) dla narciarzy i snowboardzistów? Bo ewentualne próby refundacji kosztów akcji ratowników narciarskich i pomocy medycznej w drodze procesu cywilnego będą – w realiach polskiego sądownictwa – potwornie uciążliwe.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Panie Krzysztofie:
    chociaz minelo dwadziescia lat od mojego ostatniego zjazdu w PL, to jednak pozwole sobie skomentowac. Po pierwsze, „ratownik narciarski” to znakomity pomysl. W USA istnieja „ski patrollers” ubrani w czerwone kurtki z bialymi krzyzami, ktorych organizuje lokalny osrodek. Na ogol jest ich sporo na stoku. Maja radiostacje i prawo kontroli. Moga delikwenta upomniec, a w razacych przypadkach zabrac karnet i wyprosic. Sa otoczeni szacunkiem. Nigdy nie widzialem zadnej pyskowki z patrolem narciarskim. Mozna z nimi dyskutowac, ale tylko grzecznie. Moze powinienem dodac, ze w ciagu kilkunastu lat na stokach narciarskich w USA tylko jeden raz mialem utarczke z jakims narciarzem, a i ona miala bardzo lagodny przebieg (on sie rozdarl, a ja sie oddalilem). Grzecznosc wobec siebie nawzajem jest w ogole w zwyczaju w USA, wiec to sie przenosi takze na zachowanie wobec patrolu.

    Obecnosc patrolu w zasiegu wzroku daje poczucie bezpieczenstwa i naprawde sie przydaje. Jesli tylko cos sie stanie, to patrol jest na miejscu w kilka minut. Patroler nie tylko pomoze w razie wypadku, ale takze pomoze odnalezc zgubiona narte, albo bedzie pomagal i eskortowal przestraszonego narciarza z trudnego miejsca. Takie przypadki tez widzialem. Jesli tylko cos wyglada nie tak, to zaraz podjedzie pan/pani w czerwonym i grzecznie zapyta, czy nie pomoc. To znakomicie wplywa na poczucie bezpieczenstwa, a takze odpowiedzialnosci. Wielki Brat ma na ciebie oko i wszyscy o tym pamietaja.

    Chyba najciezszym przestepstwem na stoku jest wjechanie w zamkniety teren, czyli „ducking the rope”. W kazdym wiekszym osrodku gora jest „zamykana” kawalkami. Powiedzmy, linka zagradzajaca wejscie na szlaku do Hanging Valley w Snowmass jest zamykana o 14:30. Robia to dwaj albo trzej patrolerzy, ktorzy przechodza przez bramke, przeciagaja sznurek, i odwracaja tabliczke z „open” na „closed”. Biada komus, kto sie schyli, zeby przejsc pod sznurkiem. Wiadomo, co bedzie potem. Nie tylko strata karnetu na gorze, ale takze samochod policyjny na dole. Wszyscy narciarze to wiedza. Z czego nie wynika, ze glupota sie nie zdarza. Dwa lata temu snowboardzista zginal na tej trasie, bo przeszedl pod sznurkiem i probowal zjechac po duzych opadach sniegu, gdy zjazdy byly zamkniete z powodu lawin. Jego skusilo i niestety to nie patrol go za to ukaral.

    A druga uwaga na temat alkoholu. Niestety tak jest, ze w wiekszosci restauracji wplywy z alkoholu sa wieksze, niz z jedzenia. Alkohol to biznes. Jest duza sprzecznosc pomiedzy sprzedaza alkoholu w osrodkach narciarskich, co przynosi im zyski, a egzekwowaniem trzeźwosci przez te same osrodki. To jest sprzecznosc interesu, z ktorej tak naprawde nie ma wyjscia. Niestety, w tej sprawie klania sie stare powiedzenie „piles, nie jedź, nie piles, wypij”.

css.php