Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

4.02.2011
piątek

Król tatrzańskich tragarzy

4 lutego 2011, piątek,

Kiedy w 1999 r. Ladislav „Laco” Kulanga obchodził 50-te urodziny, mógł też akurat świętować… milion kilogramów jedzenia i innych towarów, które na własnych plecach wniósł do najtrudniej dostępnych tatrzańskich schronisk. Dziś „król tatrzańskich tragarzy” prowadzi prostą, acz stylową, Skalnatą Chatę nieopodal trasy zjazdowej ze Skalnatego Plesa w Tatrzańskiej Łomnicy. I chętnie opowiada o swoich Tatrach.

 Skalnata Chata

Dlatego podczas narciarskiej wyprawy do Tatrzańskiej Łomnicy warto zrobić sobie przerwę na wizytę u słynnego „nosicza” i „chatara”. Wystarczy po wyjściu z górnej stacji kolejki na Skalnate Pleso odbić jakieś 100 metrów w lewo (Chatę widać zresztą z wagonika gondolki, a i prowadzą do niej drogowskazy).

Już w sieni można zobaczyć nosidła, których używał Laco: to rodzaj drewnianych drabin (większa ma jakieś 2 metry wysokości, mniejsza – ok. 1,5 metra) z paskami służącymi do zamocowania ich, niczym gigantycznego plecaka, na ramionach. Mają też troki do przywiązywania wnoszonego towaru. W samej sali restauracji wiszą liczne zdjęcia pokazujące, że Laco potrafił na swoje nosidła założyć, przykładowo, po dwie skrzynki pełne butelek z napojami, małą (25 litrów) beczułkę piwa, dwie butle z gazem oraz… dwa średniej wielkości plecaki.

 Laco Kulanga ze swoimi nosidłami

Jest też opis jego tragarskich rekordów. Z leżącego nad Startym Smokovcu na wysokości na 1250 m n.p.m. Hrebienoka do Zbójnickiej Chaty (czyli na 1960 m n.p.m.) wniósł swego czasu ładunek 139 kg , do Chaty Terycho (na 2015 m .n.p.m.) – 151 kg, a do Chaty Zahorskogo (na 1475 m n.p.m.) – 207, 5 kg!

Zanotował także nie mniej spektakularne zejścia – ze swojej Skalnej Chaty choćby (leżącej na 1730 m n.p.m.) zniósł na poziom tzw. Startu (1170 m n.p.m.) ładunek ważący 211 kg. A w 1998 r. wniósł ze Startu do Skalnej Chaty 176 kg.

 Laco Kulanga

Laco wspomina, że pierwszy raz poszedł w Tatry w roli nosicza (czyli tragarza), gdy miał 17 lat. Wtedy nie było wielu kolejek, nikt nie myślał też o skuterach śnieżnych, więc do wysokogórskich schronisk jedzenie i inne potrzebne towary trzeba było dostarczać na ludzkich plecach. Opowiada też chętnie, sącząc ulubione piwo (wódki, i to nawet borovicki, nie pija) o detalach takiej pracy – i o samych Tatrach.

Serwuje przy tym świetne jedzenie – polecam olbrzymią miskę przedniej fasolowej (za 2,6 euro).

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Gdy schodziłam ostatnio ze Sławkowskiego, rozmawiałam przez dobrych kilka kwadransów z trzema słowackimi chłopakami (którzy raczej biegli, niż szli, zanim nie zdecydowali się zwolnić do mojego tempa)… — opowiadali, co było dla mnie absolutną nowością, że w Wysokich Tatrach odbywają się zawody we wnoszeniu ciężarów do schronisk… (Jeden z nich zajął 3. miejsce w takim współzawodnictwie, tak mówili).

    Łapię się, że coraz częściej dokumentuję znój tych ludzi… Wciąż z niedowierzaniem-przerażeniem — dla niewytrenowanych (choć sprawnych i silnych) turystów nawet zniesienie dużej pustej butli gazowej z Chaty pod Rysami to ogromne wyzwanie…

  2. Btw* – „chatar” – gospodarz schroniska tatrzańskiego, chaty; „nosicz” – tragarz tatrzański.
    Oczywiście, rzeczywistość często zmusza do łączenia obu „zakresów obowiązków”

    ______
    *Polski Serwis Naukowy (+ ćwierć wieku doświadczenia górskiego 😉 )

  3. Dzięki za poprawkę co do znaczenia słowa „chatar” – nie skojarzyłem, że to może być od „chaty”, sądziłem raczej, że pochdozi od „harówki”, jaką jest noszenie tych kilogramów w górach.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @a capello
    gratuluję świetnych zdjęć, tylko nie wiem po co te łańcuchy, w Alpach taka ścieżka to „autostrada”.
    Pozdrawiam

  6. dziękuję, Andrzeju 🙂

    łańcuchy nie ja zakładałam 😉 po Alpach troszkę chadzałam latem (Bawarskich, także w okolicy Gschnitztal… lub jak kto woli Stubaital) – zatem wiem, co masz na myśli.

    ale skoro łańcuchy są a niektórzy rodacy czują przed nimi respekt – fotkuję, bym nie miała kogoś na sumieniu (białogłowa, często solo, dobre czasy przejść… i pogoni mi taki dwudziestoletni młodzian, np. na Orlą, napaliwszy się po wyguglowanej fotkowej przebieżce a nie ustaliwszy dobrze pogody… czy stanu własnej kondycji…)

    ciekawe, czy podtrzymasz opinię o świetności zdjęć, gdy się dowiesz, że od pięciu lat pstrykam je (jedynie i wciąż tym samym) aparatem komórkowym 2 mega… choć z drugiej strony niedawno ktoś ‚odkrył’ i mi doniósł, że kilka ujęć orlopercich (całość w jednym dniu z dojazdem i powrotem do krk środkami komunikacji publicznej 😉 ) gdzieś-komuś się podoba… chyba… 😉 – btw, tam to dopiero żelaziwa nabili w „autostradowych” miejscach!

    przepraszam Gospodarza za off topic – niestety, nie mam w życiorysie wejść narciarskich na Rohatkę, Zawrat czy Czerwoną Ławkę, by teraz jakoś zgrabnie nawiązać do zimy (ale znajomych – super-zapalonych, długoletnich „wyrypiarzy” — owszem… 😀 )

    Pozdrawiam!

  7. @a capello, przesyłam Ci link ze zdjęciami typowej drogi alpejskiej, na mapie zaznaczonej jako normalna, dla przeciętnych turystów. Niestety nie są to moje zdjęcia. Tą górkę chce zrobić latem, ale z innej ,łatwiejszej strony. Mam nadzięję, że Gospodarz blogu nas nie przegoni.
    Pozdrawiam
    http://www.berge-hochtouren.de/2008/hinteres-schoeneck/hinteres-schoeneck.htm

  8. Bardzo fajny reportażyk, Andrzeju… I taki z-niemiecka-systematich 😉

    Mój pierwszy „trzystysięcznik” – Habicht w Alpach Sztubajskich zdobył mi się w pół czasu „przewodnikowego”, w butach typu tanie ‚adidasy’, przy wyjątkowo dużej ilości śniegu (w maju rozszalała się tam kolejna ostra zima… i przytrzymała):

    Na przełomie czerwca i lipca 1995 bazowaliśmy w Gschnitz z chórem, skąd wyprawialiśmy się co wieczór na koncerty do zaplanowanych miejscowości… Wolny czas poświęcaliśmy na zwiedzanie dolinowych atrakcji turystyczno-kulturowych i na wędrówki; ‚zaawansowanie’ tych ostatnich nie zostało było na tyle dookreślone przed wyjazdem, by całe towarzystwo pofatygowało się zapakować odpowiednie buty*.
    Decydującego 8 lipca była sobota, o drugiej wyjeżdżaliśmy z Gschnitz do Polski, wczęśniej obiad…
    W Insbrucker Huette znalazłam się już po szóstej, zupełnie niezmęczona (mimo ‚osiągów’ tempowych na tym pierwszym tysiącu deniwelacji)… A w górę tylko 3h tabliczkowe (i kolejny tysiąc przewyższeń 😉 )… — grzechem byłoby nie spróbować, jak pójdzie dalej…
    Owszem, nadmiar śniegu przeszkadzał (konieczność obchodzenia ‚właściwej’ ścieżki w tych niby-adidasach… i uważania 4x bardziej na każdy krok (solo [czasy przed-komórkowe], nie-trzymające buty, tempo-zmęczenie, dodatkowy lód-śnieg)…
    Lecz super było… Śniegi, oślepiające lipcowe słońce… — ja w kostiumie plażowym (skoordynowanym kolorystycznie z plecaczkiem 😉 ) i okularach słonecznych, które szybko okazały się nieadekwatne… oraz w mokrych niby-butach.

    A, pierwszych ludzi spotkałam tuż nad Insbrucker, schodząc… 🙂

    ______
    *ach, ta młodość – w 1997 biegałam po szkockich ostrych Cullinsach (Isle of Skye) też w białych reebokach… i po Striding Edge rok później… 😳

  9. I jak tu teraz wytłumaczyć się przed Gospodarzem za ciągnięcie off topic?
    – Banalnie prosto! 😉
    Primo rzecz dotyczy okolic Stubaital, o których można tu często przeczytać (a my daliśmy tam doskonały koncert 😉 )
    Secundo obciążenia niejedno mają imię — mały, lekki plecaczek tudzież rekordy czasowe przejść nie świadczą, że było ‚tak zupełnie’ lekko i prosto…

    Serdecznie pozdrawiam!

    🙂 🙂

  10. Pingback: W szmaciaczkach na trzytysięcznik « przelotnie-pobieżnie-przejściowo

css.php