Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

15.01.2016
piątek

Jadę na zjazd w Wengen

15 stycznia 2016, piątek,

W sobotę pierwszy raz w życiu obejrzę (na żywo, a nie w telewizji) zjazd rozgrywany na słynnej trasie Lauberhorn w Wengen. Podobno jeden z najtrudniejszych na świecie.

Wedle wielu to najpiękniejsza trasa zjazdu alpejskiego Pucharu Świata. I to nie tylko dlatego, że tłem jest słynna północna ściana Eigeru. Wedle innych to trasa najbardziej wymagająca – trudniejsza nawet niż słynna Die Streif w Kitzbühel – zarówno z racji ostrych zakrętów, i to w wąskich miejscach, jak i długich, męczących przy prędkości dochodzącej do 160 km na godzinę, trawersów. Na pewno zaś jest to trasa w Pucharze najdłuższa – zawodnicy muszą wytrzymać niemal 4,5 km.

Sława Lauberhorn jest więc wielka – zwłaszcza, ale nie tylko, w Szwajcarii. Swoje robi już jej długa historia, będąca też ważną częścią dziejów narciarstwa alpejskiego.

Jak wyglądały pierwsze zjazdy w Wengen i okolicach, opisał Michael Lütscher w monografii „Snow, sun and stars”, wydanej przed rokiem z okazji 150. rocznicy turystyki zimowej w Szwajcarii.

Otóż pierwszych narciarzy ściągnął do Wengen angielski pastor Henry Lunn, który – równolegle z pracą misjonarską – zajmował się, i to z sukcesami, biznesem turystycznym. Choć sam w życiu nie założył nart, dostrzegł w pasjonatach tej dyscypliny potencjalnych klientów, na których można zarobić w martwym do tej pory w Alpach sezonie zimowym. Pierwszą małą grupę brytyjskich narciarzy zaprosił (kusząc na początek nader niskimi cenami) w sezonie 1898/99 do Chamonix. Wyniośli arystokraci nie byli jednak specjalnie zachwyceni – głównie dlatego, że podczas pobytu i podróży po Francji musieli, jak argumentowali, zbyt często stykać się z plebsem.

Pastor Lynn szukał jednak dalej. W 1902 r. na zorganizowanie zimowych ferii w Adelboden namówił dyrektora publicznej, ale elitarnej, szkoły w Harrow. W efekcie do Szwajcarii przyjechało aż czterystu młodych Anglików – pastor zorganizował dla nich osobne hotele i specjalnych instruktorów. Równocześnie w samej Anglii doprowadził do powstania Klubu Sportów Alpejskich Szkół Publicznych, którego prezesem został dyrektor poważanego wśród klasy wyższej college’u w Eton. Uczniowie należący do klubu mogli korzystać z promocyjnych wyjazdów narciarskich, organizowanych naturalnie przez przedsiębiorczego duchownego.

A że kupił on właśnie Palace Hotel w położonej na 1650 m n.p.m. wiosce Mürren w kantonie berneńskim, więc to tam i do leżącego na przeciwnym zboczu doliny Wengen zaczęli jeździć brytyjscy narciarze. Tym samym obie osady, dotąd mające status najwyżej małych letnich kurortów, zaczęły żyć także zimą – i szybko przekształcały się w ośrodki sportowe.

Pastor dostrzegł bowiem jeszcze jedno: że jego młodzi goście kochają rywalizację i wszelkie zawody. A cóż może być bardziej emocjonującego niż ściganie się na nartach. Nawiązał kontakt z bliźniaczym klubem narciarskim z St. Anton am Arlberg (to na tamtejszym zboczu Galzig odbyły się w 1903 r. zawody uznawane za pierwszy bieg zjazdowy w historii narciarstwa alpejskiego) i na podstawie doświadczeń austriackich zaczął organizować konkurencje alpejskie z udziałem swoich młodych klientów.

Z tamtejszych stoków korzystał m.in. syn pastora, Anrnold. Narty stały się jego wielką pasją – założył m.in. Klub Narciarski Wielkiej Brytanii (Ski Club of Great Britain). Kumplem i partnerem Arnolda w zjazdach po zboczach doliny był Walter Amstutz, syn hotelarza z Mürren , który śladem przyjaciela założył z kolei Szwajcarski Akademicki Klub Narciarski.

W 1925 r. brytyjscy miłośnicy Wengen założyli tam pod uroczą i znamienną nazwą Klub Narciarstwa Jedynie Zjazdowego – z charakterystyczną dewizą „W górę kolejką, w dół na nartach”, która miała odróżniać preferowane przez nich narciarstwo od najpowszechniejszego wtedy i w krajach skandynawskich, i w innych miejscach Alp narciarstwa polegającego na wchodzeniu pod górę czy to na nartach, czy pieszo i dopiero potem na zjeździe.
Wedle tej formuły odbyły się chociażby w 1928 r. pierwsze zawody na zboczach górującego nad Mürren szczytu Schilthorn: zawodnicy, by wystartować, musieli najpierw wspiąć się nań (czyli na 2970 m n.p.m.) na piechotę.

Oczywiście młodzi Anglicy i Szwajcarzy podświadomie choćby między sobą rywalizowali. Właśnie sportowe współzawodnictwo stoi u podstaw zjazdu w Lauberhorn, górującego z kolei nad Wengen. Wyzwanie do rozegrania zjazdu z tego szczytu rzucili bowiem miejscowi, chcąc pokazać dumnym, a raczej przemądrzałym Brytyjczykom, że potrafią na nartach jeździć od nich lepiej. Za „ojca założyciela” zjazdu z Lauberhorn uznaje się w każdym razie urodzonego w Wengen niespełna 30-letniego wówczas pasjonata nart Ernsta Gertscha, jako że to on w listopadzie 1929 r. przekonał Szwajcarski Akademicki Klub Narciarski do firmowania imprezy. Jej pierwsza edycja odbyła się na początku 1930 r.

Zjazd w Wengen był przełomem. Znaczenie miało już to, że w swoim najwęższym punkcie trasa miała ledwie 3 metry (na dodatek był to skalny kuluar). Równocześnie jednak w wielu miejscach usunięto – by zawodnicy mogli rozwijać większa prędkość – drzewa i co większe głazy.

Nowością było także, że od początku historii zawodów szanse na ich ukończenie mieli w praktyce jedynie ci, których narty wyposażone były w stalowe krawędzie. Trasa była bowiem zwykle tak zlodzona, że najczęstsze w tamtych czasach drewniane narty bez żadnych kantów nie miały szans utrzymać się w skręcie.

A już absolutną sensacją było dopuszczenie do startu już od pierwszej edycji nie tylko zawodników z całego świata, ale również kobiet. Na dodatek najlepsza z pań, niejaka „Miss Carol”, zajęła siedemnaste miejsce, bijąc aż dwudziestu kolegów.

Z czasem rewolucyjną zmianą stało się i to, że z czasem zawodnicy nie musieli już wspinać się na szczyt (jak w przypadku Müren), lecz mogli wjechać niemalże na samą linię startu wybudowaną jeszcze pod koniec XIX w. kolejką zębatą. Takiej możliwości nie było wtedy zresztą także na innych słynnych zawodach w Davos i St. Anton.

W pierwszych latach w zjeździe z Lauberhorn dominowali chłopcy ze starych miejscowych rodzin: Almmenów, Steuri, Schlunegger. Lecz największą sławą cieszył się Karl Molitor, który od roku 1939 (kiedy to pierwszy raz wygrał zjazd w swojej dolinie) do 1948 stawał na podium aż sześciokrotnie (w rozgrywanym równocześnie, choć cieszącym się mniejszą renomą slalomie, zwyciężał dwa razy, a w kombinacji – trzy).

Pierwsze jego zwycięstwo to zresztą osobna historia: otóż dzień przed startem jego były nauczyciel (Molitor dopiero co skończył 18 lat) zdradził wychowankowi, że razem ze swoimi uczniami na jednym z fragmentów zjazdu ubili śnieg tak, że powstała możliwość niewielkiego i wąskiego, ale jednak skrótu (bramki wytyczające trasę nie były wówczas stawiane tak gęsto, jak obecnie, można więc było korzystać z alternatywnych wariantów jazdy). Molitor wykorzystał okazję i wygrał z przewagą aż 9 sekund (jego późniejsze losy warte są osobnego opisania).

Arnold Lunn mawiał potem z nostalgią, że czasy, w którym podczas biegu zjazdowego można się było wykazać także poczuciem humoru i sprytem, były złotym okresem tej dyscypliny.

PS Skądinąd kiedy w II połowie XIX ogłoszono plany połączenia regionu z resztą kraju koleją (w tym budowy zębatki Wengenalp), wybuchła wśród miejscowych gorąca dyskusja.

Zwolennicy przekonywali, że to wielka szansa (poeta Gottfried Strasser popełnił nawet odę „Mój Grinderwald”, w której uznał kolej za najważniejsze ogniwo łańcucha, który wyniesie region na światowy poziom). Przeciwnicy podnosili m.in., że pociągi będą płoszyć pasące się na halach krowy.

Największe spory wzbudził pomysł Leo Betrixa, właściciela drukarni w nieodległym Biel, który zasugerował, by połączyć Grindelwald i Lauterbrunnen (dotąd końcowe stacje Oberland w dolinie) z przełęczą Kleine Scheidegg i wioską Wengen właśnie. W przypadku Wengenalp decyzja oparła się aż o rząd federalny w Bernie, który w końcu dał zielone światło. Pierwszy letni kurs nowa kolej odbyła już w 1893 r., ale na pierwszy zimowy trzeba było czekać aż do sezonu 1933/34, bo dopiero wtedy zdołano zabezpieczyć torowisko przed ewentualnością zasypania przez lawiny.

Zresztą także uruchomienie kursów zimowych wymagało nacisku rządu z Berna: tym razem opierali się sami urzędnicy kolejki Wengenapl. Na inwestycje w zabezpieczenia lawinowe zgodzili się dopiero, kiedy to Berno zaszantażowało ich odebraniem licencji na budowę kolejki linowej z Lauterbrunnen do Wengen.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. No to życzę wielkich emocji i wspaniałych wspomnień! Co roku od 20 lat czekam na te trzy tygodnie: gigant w Adelboden, i dwa zjazdy w Wengen oraz w Kitz – Adelboden się nie udało (niedzielny slalom to wisienka na torcie IMHO), słabizna ze śniegiem miejmy nadzieję, że nie spowoduje konieczności skrócenia tras zjazdów. Trzymam kciuki za Svindala, tak jak przed laty za innych bitych faworytów: Alphande’a, Maiera, Strobla, Eberhartera, Walchofera czy Cuche’a i Millera. Go guys!

css.php