Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

11.04.2012
środa

Firn

11 kwietnia 2012, środa,

Miałem sen: jako że nadeszła wiosna, to znalazłem firn. Bo firn to marzenie każdego narciarza, kto choć raz go skosztował albo tylko słyszał o nim.

Firn w Fieberbrunn w upalnym 🙂 styczniu 2011 r. (fot. Tomasz Rakoczy)

To forma przejściowa między zwykłym śniegiem a tzw. lodem firnowym (z którego w sprzyjających warunkach powstają potem lodowce). Powstaje w efekcie wielokrotnego podtapiania, a potem zamarzania śniegu oraz nacisku wyżej leżących warstw. Luźne kryształki śniegu przekształcają się w ziarna lodu o różnej wielkości (czasem nawet kilku milimetrowej średnicy). Jazda po stoku pokrytym firnem, czyli w praktyce masą lodowych kulek, bo narty na takim podłożu prowadzą się znakomicie. Niektórzy twierdzą nawet, że w firnie wszystkie narciarskie ewolucje wychodzą wszystkim .

Niezbędne do wytworzenia się firnu znaczne różnice temperatur najczęściej występują wiosną, stąd właśnie o tej porze najłatwiej trafić firn. Więcej, o tej porze warto go świadomie poszukać – jak robi to wielu koneserów nart.

Firn w 80-krotnym powiększeniu powiększeniu

Kilkanaście lat temu miałem szczęście poznać – a potem oglądać przy „pracy” – człowieka, który uchodzi za jednego z największych speców od firnu we francuskich Alpach. Wszystko dzięki protekcji Marka Tarnowskiego i Zdzisia Adamika, którzy od lat 60. ub. wieku pracowali w Tignes i Val d’Isere jako instruktorzy, doskonale się tam zadomowili i poznali wielu wartych uwagi miejscowych.

Jean Garreau miał wtedy dobrze ponad 70 lat. Ten dystyngowany siwowłosy pan wychodzi na narty w dość tradycyjnym uniformie i… skórzanym kapeluszu z wielkim rondem. Kiedy jednak rusza w dół, od razu widać wielką sportową klasę i pewność stylu.

Region Espace Killy (czyli właśnie tereny otaczające Tignes i Val d’Isere) jest jego wielką miłością i pasją. Na nartach bywał tam od dziecka, zna więc każdy garb i kuluar. Teraz ma w Val d’Isere spory apartament z rewelacyjnym widokiem na Rocher de Bellevarde i na metę jednej z tamtejszych tras alpejskiego Pucharu Świata (na końcu Piste Orange).

Od zawsze też jeśli tylko się da stara się jeździć poza przygotowanymi trasami. Mawia, że to dopiero jest prawdziwe narciarstwo. No i kiedy tylko jest taka szansa, szuka firnu. Bo powtarza też, że to jest dopiero prawdziwy śnieg.
Jako że nie każdego dopuszcza do swej kompanii, więc zrazu pomimo protekcji patrzył na mnie nieco sceptycznie. I zapewne w ramach testu poprowadził nas między drzewami jednego z garbów w okolicy Piste Orange. Widać jakoś zaliczyłem, bo zgodził się, bym dołączył do jego grupy, a z czasem nawet zaczął polecać mnie swoim znajomym jako kompana do rozmaity terenowych zjazdów.

Co jednak najważniejsze, odtąd wielokrotnie jeszcze miałem zaszczyt szukać z Jeanem Garreau firnu. I być świadkiem, jak prawie zawsze go znajdował. Czasem wielkie połacie, dające pełnię szczęścia. Czasem małe skrawki, wystarczające na ledwie kilka skrętów. Ale za to jakich!

Udawało mu się nawet wtedy, gdy profesjonalni przewodnicy twierdzili, że w okolicy firnu nie uświadczysz. Jean każdego ranka miał w głowie pomysł na miejsce, w którym jest szansa na śnieg marzenie, prowadził nas tam, czasem tylko modyfikując nieco po drodze plan. Co jakiś czas przystawał, spoglądał na śnieg, sprawdzał czas, kąt padania słońca, ewentualny zasięg zacienionych partii stoku. I ruszał do celu.

Co też ważne – jako przewodnik wybierał taki wariant zjazdu, by zminimalizować groźbę lawin. Przednio jeździ się w trudnym terenie, ale w poczuciu absolutnego bezpieczeństwa płynącego z zaufania do prowadzącego grupę.

Pewnego razu odbywaliśmy piękną późno wiosenną wyprawę off piste z lodowca Pissallias do samej doliny Isery. Po drodze było oczywiście kilka poletek z firnem. A kiedy zjechaliśmy na dół, odpoczywało tam kilkudziesięciu młodych freeriderów. Na widok dostojnie nadjeżdżającego nobliwego Jeana w jego kapeluszu, jak jeden mąż oddali mu honor głębokimi ukłonami i ferią oklasków.

W tym roku na przełomie kwietnia i maja Jean Garreau, już 85-letni, oczywiście znowu przyjedzie kończyć sezon w Val d’Isere. Życzę mu dużo firnu! A wszystkim takiego kompana do szukania śniegu-marzenia. Bo przecież firn można znaleźć choćby w Tatrach.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. W języku fachowym firnem nazywa się zeszłoroczny śnieg (od szwajcarskiego „färn” = „łońskiego roku”) czyli z poprzedniego sezonu. Z 8-metrowej warstwy śniegu powstaje 1 m śniegu firnowego, a z niego, w sprzyjających warunkach – lodowiec.
    W krajach, gdzie śnieg spotkać można przez cały rok wykształciły się dokładne określenia na różne jego postacie.
    Języki ubogie w takie niuanse nazywają gruboziarnisty, kaszowaty śnieg wiosenny potocznie firnem, ale żaden Szwajcar nie powie, że wiosną szuka pod narty firnu, on cieszy się na „Sulzschnee”.
    To tylko taka mała dygresja 😉 A jazda po takim śniegu to rzeczywiście wielka przyjemność.

  2. Dygresja to istotna, dziękuję! W Polsce nie ma lodowców, więc stąd pewnie też brak na „firn” stosowanego słowa. A może warto pobawić się: wymyślić je i wprowadzić do narciarskiego slangu?

css.php