Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

10.11.2011
czwartek

Odciążanie polskich stoków?

10 listopada 2011, czwartek,

Aby narciarze mogli bezkolizyjnie zjeżdżać po trasie łatwej, każdy z nich potrzebuje 200 m kw. wolnej przestrzeni – ustaliło ministerstwo spraw wewnętrznych i administracji. I chce narzucić tę normę właścicielom stacji zimowych. Ci się oczywiście burzą.

Fot. Piotr Uss Wąsowicz

Regulacja tycząca dopuszczalnego obciążenia stoków znajduje się w jednym z przygotowywanych przez resort rozporządzeń do uchwalonej niedawno ustawy o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich (tej samej, która wprowadziła ponownie obowiązek jazdy w kaskach do 16 roku życia, zakaz jazdy w stanie nietrzeźwym oraz funkcję ratownika narciarskiego i nowe zasady finansowania służb ratowniczych – pisałem o niej w nocie „Alkohol, kaski i ratownicy”, 15 września b.r.)

Eksperci MSWiA obliczyli też, że na trasach trudnych na jednego narciarza powinno przypadać 300 m kw., a na bardzo trudnych – 400 m kw. Powołują się na konsultacje z GOPR i TOPR . Faktycznie: od lat przed sezonem każdy stok jest sprawdzany przez ratowników górskich – sporządzają oni wtedy tzw. pomiar przepustowości, do którego nieformalnie przyjmowali podobne limity: od 200-400 m kw. na osobę w zależności od stopnia trudności nartostrady, Resort odwołuje się nadto do standardów obowiązujących w Alpach – konkretnie w Tyrolu.

Samą potrzebę takiej regulacji MSWiA uzasadnia rosnącą liczbą wypadków na stokach. W minionym sezonie GOPR-owcy interweniowali 4,5 tys. razy, a TOPR udzielił pomocy 1,5 tys. poszkodowanych. Coraz więcej akcji jest przy tym wynikiem kolizji między użytkownikami stoku.

Projekt nie zawiera jednak wskazówek, jak zarządzający wyciągami mają w trakcie sezonu sprawdzać obciążenie na swoich stokach. Skądinąd właśnie trudności w praktycznej realizacji tego rodzaju przepisów są głównym argumentem oburzonych właścicieli wyciągów. Jednak kluczowe znaczenie ma dla nich oczywiście spadek dochodów w razie zmniejszenia liczby narciarzy i snowboardzistów.

Bo aby na stoku było luźniej trzeba albo go poszerzyć, albo ograniczyć przepustowość wyciągu. Rodzime stacje tymczasem chlubią się ostatnimi laty lawinowymi inwestycjami w wyciągi właśnie. Tyle że polega to często na zastępowaniu małych orczyków czterosobowymi krzesełkami. Efektem jest rzeczywiście niebywały czasem tłok na stokach (symbolem może być choćby Białka Tatrzańska).

Na dodatek sporo do życzenia pozostawia często zabezpieczenie podpór i armatek czy też miejsc, w których nartostrady się krzyżują. Dochodzi do tego specyfika samej techniki skrętu ciętego oraz dość popularny wśród rodaków obyczaj picia alkoholu (bywa, że w zestawie „piwo z wódką”) w przerwach między zjazdami. W rezultacie zagrożeni kolizją są nawet doświadczeni narciarze.

Łatwo narzekać na regulacyjne zapędy urzędników (skądinąd nie wiadomo jeszcze, czy proponowane limity będą miały formę norm, których łamanie będzie skutkowało karami czy też tylko wytycznych). Ale może polskie kurorty zamiast promować się hasłem: „u nas nie ma kolejek do wyciągów”, powinny zachęcać gości zapewnieniem „u nas nie ma tłoku na stoku”?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Kilka razy słyszałem już o tym pomyśle. Zgadzam się, że należy jakoś uregulować przepustowość wyciągów w stosunku do powierchni stoków i vice versa. Jest jednak jedna rzecz, której większość artykułów na ten temet, łącznie z tym nie wyjaśnia. Ponieważ przepustowość wyciągów liczy się w osobach na godzinę a powierzchnię w metrach na osobę.
    Mam nadzieję, że ministerstwo nie wpadło na pomysł, że teraz właściciele stoków narciarskich mają je ogrodzić i wpuszczać na teren wyłącznie określoną liczbę osób.
    Chociaż może byłoby to dobre rozwiązanie dla rannych ptaszków. Przychodzisz na stok, jak za dawnych czasów do kolejki na Kasprowy, o 5-6 rano i jak się załapiesz w limicie to jeździsz czły dzień bez kolejki. A tym co z późno położyli się spać pozostaje tylko pójść na klinika.
    Należy więc rozumiem przyjąć jakieś sensowne założenie co do tego ile jest średnio osób na stoku. Racjonalne wydaje się przyjęcie założenia, ż jest ich tyle samo co na wyciągu. Jeżeli przyjmiemy takie założenie to:
    Powierzchnia na 1 narciarza = Powierchni stoku / ( przepustowość (os/min) x czas przejzdu (min))

  2. A czy te normy nie powinny być odwrotne. Przecież poczatkujący narciarz potrzebuje znacznie więcej miejsca niz doświadczony. Poza tym , jeśli jeden wyciąg obsługuje wszystkie stopnie trudności tras, ta skąd wiadomo ilu narciarzy akurat dzisiaj jeździ na trasie łatwej , a ilu na trudnej. Przecież jutro może być odwrotnie.
    Ja mam inną propozycje do rządzących, należy wprowadzić licencje narciarskie, oczywiście wydanie takiej licencji byłoby poprzedzone długimi kursami i egzaminami, corocznie ponawianymi, a wszystko mogły by organizować tylko wyznaczone przez MSWiA firmy różnych znajomych. Oczywiście opłata musiala by być odpowiednia.A narciaże musieli by jeździć w koszulkach w kolorze odpowiednim do posiadanej licencji. Pozwoliło by to bardzo szybko rozładować tłok na stokach, rózni kumple mase kasy mogli by zarobić. Po co zawracać sobie głowę budową nowych ośrodow narciarskich itp.
    Pozdrawiam

  3. Inicjatywa w 100% słuszna. Stoków nie trzeba grodzić. Narciarze podchodzący, to taka rzadkość, że mogą jeździć ponad limit.

css.php