Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

17.02.2020
poniedziałek

Słabsza forma Santa Cateriny

17 lutego 2020, poniedziałek,

Od lat jest to moja (i Justyny Kowalczyk) tajna faworytka wśród narciarskich stacji: zaciszna, z urozmaiconymi terenami i – dzięki mikroklimatowi – świetnej jakości śniegiem. Tej zimy była jednak jakby w słabszej formie.

Santa Caterina Valfurva to mała wioska położona nieopodal (13 km) bardziej znanego Bormio w Lombardii (oraz jeszcze słynniejszego w Polsce Livigno, od którego dzieli ją 50 km). Ma wszystko, co do uprawiania narciarstwa niezbędne. Świetne i zróżnicowane trasy – od pólek dla początkujących po te o poziomie alpejskiego Pucharu Świata (w 2005 r. rozgrywano tu niektóre konkurencje mistrzostw świata FIS). Choć ich długość nie idzie w setki kilometrów, to podczas standardowego tygodniowego pobytu nikt się nie jest w stanie znudzić. Zwłaszcza że można przecież także spróbować jazdy terenowej. Albo wyskoczyć do nieodległego Bormio – a tam tras jest więcej (a Stelvio służy do pucharowego zjazdu mężczyzn).

Ma też Santa Caterina świetny, zapewniający przedni śnieg klimat. Swoje robi już to, że ośrodek leży na 1750 m n.p.m., a wyciągi docierają na ponad 2800 m n.p.m. oraz specyficzny układ grani na samym krańcu doliny. Bywa tu wprawdzie mroźno (zwłaszcza popołudniami na terenach od strony doliny), ale za to jakość tras nie pogarsza się w ciągu dnia.

fot. Jakub Burnetko

Lokalizacja wpływa też na atmosferę w samej wiosce: nie ma tłumów, a co za tym idzie – spalin, neonów, hucznych apres ski, dyskotek itp.

Ma wreszcie Santa Caterina godną tradycję – na początku XX w. była znanym we Włoszech kurortem termalnym (do czasu, kiedy ciepłe i mineralne źródła przestały tryskać leczniczą wodą) i bazą wypadową do górskich wędrówek, by z czasem stać się w zimie także ośrodkiem narciarskim, rozreklamowanym zwłaszcza przez urodzoną tu wybitną alpejkę (m.in. czterokrotną medalistkę olimpijkę i trzykrotną mistrzynię świata) Deborę Compagnoni. Atutem jest wreszcie niewymuszona gościnność gospodarzy (sam kwateruję rokrocznie w Residencia Valfurva, należącej zresztą do rodziny Compagnoni). Jest wreszcie niezbyt drogo (sześciodniowy skipass na cztery ośrodki, czyli – prócz Santa Cateriny – także Bormio, San Colombano i Cima Piazzi, w szczycie sezonu kosztuje dorosłego 226 euro, zaś dziecko między 8. a 16. rokiem życia – 143 euro). Na rodzinne narty miejsce jest więc idealne.

Tej zimy jazda też była świetna – i to mimo że śniegowo sezon i tam do najlepszych na razie nie należy. Z racji zdarzających się temperatur powyżej zera i silnego wiatru (pojawiły się nawet minitrąby powietrzne) nie dało się wprawdzie sztucznie dośnieżać tras, ale tego naturalnego szczęśliwie jeszcze starczało.

fot. Jakub Burnetko

Problem pojawił się inny: okazało się, że z eksploatacji wyłączono dwa z czterech orczyków i kiedy z powodu wiatru właśnie trzeba było wyłączyć także górną partię gondoli oraz krzesła po drugiej stronie grani, tras do jazdy zaczęło być mało. Sytuacja potwierdza jedynie zasadę, że orczyki okazują się receptą na trudne warunki pogodowe (choć mniej komfortowe od krzesełek czy gondoli, mogą kursować przy dużo silniejszych podmuchach) – i dlatego błędem jest ich pochopne likwidowanie w imię wygody właśnie. Dowiodła ponadto, jak ważne jest poprowadzenie przynajmniej niektórych oklejek miejscami osłoniętymi od wiatru (przez las chociażby) – pozwala to na korzystanie w razie gorszej pogody z przynajmniej części tras.

fot. Jakub Burnetko

Są za to zacne widoki – z majestatycznie groźnym Ortlerem 3905 m n.p.m., najwyższym szczytem nie tylko Południowego, ale całego Tyrolu na czele.

fot. Jakub Burnetko

Był i problem drugi – otóż położonej na zboczach Santa Cateriny restauracji Bella Vista nie gotuje już maestro Elio Ungaro. Ten wielokrotny zwycięzca międzynarodowych i (co pewnie ważniejsze) włoskich konkursów w przyrządzaniu pizzy, a ponadto niebywale sympatyczny chef nie zdzierżył czynszowych żądań właścicieli rifugio. Przeniósł się więc ze swoją ekipą do nieodległego w sumie miejsca, bo na stoki Cima Piazzi/San Colombano górujące m.in. nad Issolacią (osada w połowie drogi między Bormio a Livignio), na 2260 m n.p.m., otworzył nową pizzerię/restaurację. A Bella Vista w Santa Caterinie stoi pusta…

fot. Jakub Burnetko

W efekcie u konkurencji, czyli schronisku Palu – miejscu równie zacnym, choć słynącym nie z pizzy, lecz z czysto lokalnego specjału, czyli pizzoccheri alla Valtellinese – tłok jest dużo większy, a czasu na celebrowanie przez gospodarzy gotowania oraz serwowania dań mniej. A dawniej to właśnie tworzyło klimat tego miejsca…

Nie ma co jednak narzekać: góry wokół Santa Cateriny są nadal piękne, stacja stara się urozmaicać ofertę (w Sun Valley przygotowała chociażby dwa warianty do łatwych zjazdów skicrossowych i zainwestowała w wyciąg dywanowy, ułatwiający dotarcie do pośredniej stacji gondolek), a i pod względem warunków śniegowych w tym trudnym sezonie korzystanie wypada na tle konkurencji. Nadal też stawia na spokój, ciszę i alpejską atmosferę – a to atuty coraz rzadsze.

Fot. Jakub Burnetko

Może więc Justyna Kowalczyk, która kiedyś myślała, by osiąść w Santa Caterinie, nie porzuci tego pomysłu. Bo i trasy biegowe są tu rewelacyjne!

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php