Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

25.04.2015
sobota

Ski Ride Vorarlberg , dziennik wyprawy (6)

25 kwietnia 2015, sobota,

Dzień 4, po południu: Sonnenkopf

Przypomnijmy: przewodnicy zapowiadają, że kiedy dotrzemy do Sonnenkopf („Dziennik wyprawy 5”, 22 marca b.r.), czeka nas najdłuższe podejście w trakcie całej Ski Ride Vorarlberg. Ale mówią też, że nagrodą będą obłędne widoki i dziki zjazd.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Samo Sonnenkopf to zaciszna stacja z rozległymi i bardzo urozmaiconymi możliwościami o średnim stopniu trudności (także jeśli chodzi o off piste). Co ważne: jeździ się w większości powyżej linii lasu (do wysokości 2300 m n.p.m.). Tak wytyczone trasy są bezpieczniejsze niż te w wąskich przecinkach. Natomiast w przypadku wariantów terenowych jest to z kolei korzystniejsze dla środowiska, bo jazda na nartach czy desce przez zimowe lasy może szkodzić drzewom i krzewom oraz źle wpływać na faunę.

Nie bez powodu przed niektórymi kępami drzew w niższych partiach zboczy Sonnekopf stoją tablice z hasłem „Uszanuj granice“, odwołujące się do odpowiedzialności amatorów nieratrakowanych stoków i przypominające m.in. o zwierzęcych siedliskach.

Heli prowadzi nas w kilka zacisznych zakątków Sonnenkopf. A że pogoda się poprawia, ludzi jest niewiele, zaś puchu pełno – frajdy mnóstwo.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Przerwę robimy w małej (a więc akurat pełnej gości) panoramicznej restauracji (czy raczej barze) na 2000 m n.p.m. u stóp Muttjöchle (lokal nazywa się więc oczywiście Bergrestaurant Muttjöchle).

Okazuje się, że to właśnie ten szczyt ma być po obiedzie naszym celem. Część grupy na jego widok uznaje, że ma już dość (zwłaszcza że już późno, bo dochodzi godzina 14) i na kwaterę chce pojechać busem.

Najwytrwalsi przyklejają foki, pakują kurtki do plecaków (wychodzi wreszcie piękne – jak na tę miejscowość przystało – słońce, choć wciąż mocno wieje) i… ruszamy. Heli znowu półżartem straszy przypomnieniem, że czeka nas najdłuższy tourowy fragment całej wyprawy. Ale że jest prawie pół metra świeżego śniegu, faktycznie może nie być łatwo.

Podejście okazuje się fantastyczne. Prócz naszej grupki nie ma nikogo, a wokół niemalże płaskowyż (bardziej stromych miejsc jest na całej trasie ledwie kilka, a zresztą zmęczeni mogą odpocząć na… składanych ławeczkach rozstawionych tam na potrzeby letniego szlaku pieszego), urozmaicony wielkimi, porozrzucanymi jakby od niechcenia, głazami.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Puch jest suchy, więc nawet torowanie śladu nie sprawia problemu.

Zresztą przewodnicy dyskretnie dostosowują tempo do najsłabszych. Nie mówiąc o tym, że w górach zawsze warto od czasu do czasu zatrzymać się na chwilę refleksji i zadumy oraz popodziwiać widoki.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Ale k&iedy w końcu docieramy pod stalowy krzyż na Muttjöchle (2076 m n.p.m.), szybko robimy pamiątkową fotografię i ruszamy w dół po drugiej stronie grani.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Zaczyna szarzeć, a i chmury robią swoje. Drugi fragment trasy okazuje się na dodatek trudniejszy od podejścia, zwłaszcza gdy zaczyna się las. Nie chodzi o odcinki, na których możliwy jest zjazd, ale właśnie te płaskie – wśród drzew śniegu jest tyle, że teraz przecieranie szlaku staje się wyzwaniem.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Najciężej pracuje Moses. Ale i takie narty są wielką przygodą, zwłaszcza że są przecież także chwile, kiedy możliwy jest zjazd między drzewami.

Do doliny docieramy w każdym razie mokrzy od potu i już prawie po ciemku. Na szczęście czeka Andreas i nasz „firmowy” bus, więc w hotelu jesteśmy za parę minut.

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

(Fot. Helmuth „Heli” Düringer)

Tam „wyrypę” wieńczymy szklanicą Radlera.

Tym razem śpimy w mieście: Schruns na co dzień jest wszak stolicą obszaru Silvretta Montafon, a teraz także gospodarzem EYOF, czyli rodzaju europejskiej edycji młodzieżowych igrzysk olimpijskich. Zawody te Vorarlberg organizuje wspólnie z sąsiednim Liechtensteinem, a startują nadzieje dyscyplin zimowych reprezentujące 46 krajów kontynentu. By przekonać się, jak młodzi sportowcy przeżywają start, wystarczy obejrzeć na miejscowym rynku ceremonię wręczania medali.

20150129_200325 m

Co ciekawe, zawody udało się rozegrać w oparciu o istniejącą już infrastrukturę i bazę noclegową. Jak zapewniał mnie szef imprezy, jedyną inwestycją powstałą specjalnie na jej potrzeby była duża skocznia narciarska – o żadnych wielkich nakładach nie było więc mowy. Przeciwnie: miasto i region zyskały na EYOF 2015 zarówno wizerunkowo, jak i finansowo.

Nie mówiąc o tym, że każdy z uczestników, a zwłaszcza medaliści, zachowa w pamięci miejsce tej pewnie pierwszej w swojej karierze imprezy takiej rangi – a przecież są to potencjalne gwiazdy sportów zimowych najbliższych lat!

PS Poprzednie odcinki opowieści o Ski Ride Vorarlberg:
„Vorarlberg z północy na południe. Na nartach oczywiście”, 1 lutego b.r.
„Dziennik wyprawy 1: Kleinwarseltal”, 4 lutego b.r.
„Dziennik wyprawy 2: Kleinwarsetal”, 17 lutego b.r.
„Dziennik wyprawy 3: Kleinwarseltal – Bregenzwald”, 19 lutego b.r.
„Dziennik wyprawy 4: Lech Zürs”. 1 marca b.r.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php