Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta W śniegu i po śniegu - Krzysztofa Burnetki zimowy styl życia, czyli góry, narty, deska… i cała reszta

12.01.2011
środa

Dwa dni w Sölden, gdzie wszystko ma być „naj”

12 stycznia 2011, środa,

Sölden w tyrolskiej dolinie Ötztal to miejsce, w którym jednego dnia można na nartach być na trzech trzytysięcznikach i dwóch lodowcach.

Reklamuje się także jako „najgorętsze miejsce w Alpach” („Hot spot in the Alps”) – to z racji mocno zabawowej atmosfery stacji, czemu służą dziesiątki barów apres ski, a także klubów gogo. W ramach Austrostrady byliśmy i na lodowcach, i w barach.

Dzień pierwszy, czyli lodowce
Od kilku tygodni gospodarze najpierw prowadzą wszystkich gości  do swojej najnowszej dumy: wybudowanych kosztem 38 mln euro dwóch kolejek na Gaislachkogl, jeden z trzech tamtejszych trzytysięczników (kiedyś już tu zresztą o niej pisałem).

Najpierw ośmioosobowe gondolki, osadzone na jednej linie, zabierają narciarzy i snowboardzistów z wysokości 1663 m n.p.m.  na 2174 m n.p.m. Liczącą ponad 2 km trasę (i  811 m różnicy poziomów) pokonują w niespełna 7 minut. Przepustowość sięga do 3600 osób na godzinę, co jest rekordem w skali światowej (dotychczasowa kolejka w ciągu godziny wwoziła 1800 pasażerów). 

 Pierwszy odcinek kolei na Gaislachkogl

Ze stacji środkowej na szczyt (3040 m n.p.m.) zabiera chętnych kolejka trzylinowa 3-S-Bahn. Opiera się na 2 linach nośnych, a wagoniki transportowane są w górę przez jedną linę ciągnącą – jest to najwyżej wjeżdżająca kolejka o takiej konstrukcji na świecie. Porusza się z taką samą prędkością, jak pierwsza, pomimo że na drugim odcinku różnica wysokości jest jeszcze większa, bo  wynosi 864 m.
W sumie przejazd obu odcinków – czyli ponad 3 km o różnicy poziomów 1677 m – zajął nam ledwie 15 minut.

Inwestycja przebiegała nie bez kłopotów. Największe problemy technologiczne wynikały z faktu, ze ostatnia podpora na górnym odcinku musiała zostać osadzona na skale – wiecznej zmarzlinie. Wymagało to od konstruktorów uwzględnienia ruchów cechujących taki rodzaj podłoża.  Na dodatek ukształtowanie terenu determinowało wielkość ostatniej podpory: musiała mieć ona 50 m wysokości, podobnej długości ma jej ramię, na którym zawieszone są liny. Wyjściem okazało się osadzenie fundamentu na elastycznych legarach, pozwalających mu przesuwać się na odcinku ok. 60 cm. Ponadto fundamenty składają się z 6 osobnych części, co gwarantować ma odpowiednie balansowanie całej konstrukcji, a więc jej stabilność pomimo ruchów podłoża. Dość powiedzieć, że fundament ostatniej podpory 3-S-Bahn jest 28 razy większy od standardowego fundamentu podpór używanych w wyciągach gondolowych, a lina ciągnąca wymaga napędu o mocy 30 razy większej niż zwykle.

 Ostatnia podpora i górna stacja kolei 3-S-Bahn na Gaislachkogl

Budowę zakończono w grudniu i jest przedstawiana jako dowód, że Sölden jest również najbardziej technologicznie rozwiniętym ośrodkiem zimowym w Austrii.

A gwiazdy Austrostrady, czyli Andrzej „Osuch” Osuchowski (jeden z najlepszych polskich freeride/erów) i Sebastian „Seba” Litner (jeden z czołowych rodzimych narciarzy freestyle młodego pokolenia) już podczas jazdy kolejką zastanawiali się, którymi kuluarami można by próbować zjechać, gdyby tylko było nieco więcej śniegu…

Po wizycie na Gaislachkogl  wyruszyliśmy na pozostałe dwa giganty z tzw. BIG3: Tiefenbachkogl i Schwarze Schneid. Na każdym z nich ustawiono platformy widokowe, z których podziwiać można choćby Wildspitze, drugi pod względem wysokości szczyt austriackiej części Alp (3774 m n.p.m.), odległy od Sölden w linii prostej ledwie o 6,1 km.  Nic dziwnego, że pobliska wioska Vent służy często za bazę wypadową tym, którzy chcą zdobyć go na skitourach.

Jest wreszcie Sölden, co może najważniejsze, wielkim obszarem narciarsko-snowboardowym: jeździ się na wysokości od 1350 do 3340 m n.p.m., a wytyczono tu 150 km tras obsługiwanych przez 34 wyciągi (w ciągu godziny zdolne są przewieźć ponad 70 tys. osób). Niezmierzone pozostają też możliwości jazdy off piste.
Jeśli tylko pogoda dopisze, chcemy i je sprawdzić – oczywiście z przewodnikiem, zwłaszcza, że aby znaleźć miejsca z dostateczną do freeride’u ilością śniegu, potrzebna jest teraz dobra znajomość okolicy.

Na razie pokonaliśmy m.in. trasę dorocznych, październikowych, inauguracji sezonu alpejskiego Pucharu Świata na lodowcu Rettenbachgletscher (co ciekawe, kobiety i mężczyźni jadą tu slalom gigant po tej samej trasie).  Skądinąd nie przez przypadek od tego sezonu „twarzą” Sölden jest Body Miller, znakomity alpejczyk ze Stanów Zjednoczonych, znany nie tylko z sukcesów na stokach, ale też z imprezowego usposobienia (za użyczenie wizerunku zainkasował ponoć ok.300 tys. euro).

 Autor na trasie Pucharu Świata na Rettenbachgletscher (fot. Tomek Rakoczy)

Przejechaliśmy też najwyżej – bo grubo powyżej 3000 m n.p.m. – wydrążony „skitunel”, łączący oba lodowce (a przecież nie dalej, jak w środę w Montafon jechaliśmy z kolei najdłuższym na świecie „skitunelem”)
Dotarliśmy wreszcie do miejscowego snowparku na Giggijoch (2450 m n.p.m.). Osuch i Seba byli pełni uznania. Faktycznie, miejsce robi wrażenie – od gigantycznej powierzchni począwszy po dostępne instalacje na każdy poziom freestyle’owego zaawansowania. Naturalnie, chłopaki nie omieszkali z nich skorzystać, oddając kilka serii efektownych skoków.

A potem było już tylko miejscowy obiad w schronisku Gampe Thaya, zachowanym w stanie niezmienianym od kilku dobrych dziesiątek lat. Dostaliśmy wielką patelnię regionalnych specjałów – m.in. przednie knödle ze speckiem oraz przysmażana kiełbasa domowej roboty z kapustą. Na deser była znowu wielka patelnia – tym razem rodzaj ciasta omletowego z doskonałymi konfiturami.

A w końcu, już po zjeździe do miasta, mała buteleczka Zirberliquer, czyli przepysznego napitku z szyszek limby. To na początek apres ski – a więc w barze „S’finale” (od „ski finale” oczywiście) i przy wtórze głośnego austriackiego disco polo (w jednej z piosenek pojawiły się nawet te słowa, co świadczy o silnych wpływach kultury polskiej za granicą ). Zaczynały się już tańce (także na stole, choć było dopiero późne popołudnie) i wątki „cała sala śpiewa z nami”.

Dzień drugi, czyli off piste
Najpierw nasz przewodnik o unikalnym imieniu Rhomet zastrzegł, że wieje ciepły wiatr Föhn (taki tutejszy halny), więc ze znalezieniem dobrych miejsc do jazdy poza trasą, a zwłaszcza puchu, może być kiepsko. Do tego dochodzi groźba lawin. Jeszcze trzy dni temu w Sölden było minus 12 stopni Celsjusza, teraz w dolinie jest 10 stopni tyle że plus. Rhomet zdradził też, że pogoda ma się szybko zmieniać, co może dodatkowo utrudnić wyprawę – oraz robienie zdjęć. W końcu jednak ogłosił, że długo myślał, gdzie możemy pojechać i ma plan.

Najpierw wspomnianą najnowszą dumą Sölden, czyli kolejką 3-S-Bahn, wyjechaliśmy na Gaislachkogl, jeden z trzech tutejszych trzytysięczników. Po sprawdzeniu, czy całej piątce (plus Rhomet) chętnych na off piste działają pieps-y pozwalające na lokalizację w razie zasypania przez lawinę (oraz zwróceniu mi zasadnej uwagi, że powinienem mieć kask, bo przy takiej ilości śniegu możemy natknąć się na kamienie), ruszyliśmy.

Pierwszym celem okazał się długi na jakieś 200 m żleb o północnej ekspozycji zwany w lokalnej gwarze Krumpe Rinne, czy „pochyły”.

 Wlot kuluaru Krumpe Rinne (fot. Tomek Rakoczy)

Faktycznie, nachylenie nie należało do najmniejszych, acz kuluar był na tyle szeroki, że pozwalał nie tylko Osuchowi i Sebie na płynne skręty. Zwłaszcza, że śnieg był wyśmienity: podłoże było twarde, jednolite na całej długości, a narty trzymały bez problemów. Wedle Rhometa, zjazd Krumpe Rinne jest ceniony nawet przez miejscowych. Rzeczywiście, tak z góry, jak z dołu kuluar może robić wrażenie.

Drugim punktem planu miał być długi zjazd z lodowca Tiefenbachgletscher do doliny Venter Tal. Do pokonania mieliśmy 1800 m różnicy poziomów – nic dziwnego, bo zjeżdżaliśmy z prawie 3250 m n.p.m. Im dalej oddalaliśmy się od trasy, śnieg z przewianego coraz częściej zamieniał się w puch. W końcu trafiliśmy na nieprzeoraną śladami szeroką płań o długości dobrych 300 metrów. Rhomet polecił zjeżdżać pojedynczo: stok miał południową ekspozycję, a na niebie pojawiło się pełne słońce. Pierwszy ślad założył Osuch, za nim poszli inni. Każdy mógł śmiało wytyczyć swoją linię, zwłaszcza, że w takim puchu, choć z racji temperatur minimalnie zsiadłym, niosło szybko i płynnie. 

 Off piste z Tiefenbachgletscher do Venter Tal (fot. Tomek Rakoczy)

Dalej zrobiło się jednak dużo trudniej, bo cieplej. Wedle Rhometa tego dnia ujemna temperatura panowała dopiero powyżej 2500 m n.p.m. Niżej było na plusie – i to mocno. Śnieg stał się niejednolity: miejscami było w miarę twardo, ale za chwilę pojawiał się odcinek z mokrym, ciężkim śniegiem, a czasami fragment przekleństwa większości narciarzy czyli tzw. szreni łamliwej. Zwłaszcza węższe – czyli mające mniej niż 100 „pod butem” – narty co rusz się więc zapadały. Do tego dochodziły ukryte pod śniegiem kamienie, rosnące zmęczenie, no i obawa przed ewentualną lawiną. Na dodatek już prawie u celu Rhomet zafundował nam odcinek między drzewami nad korytem spływającego do doliny potoku…

 Off piste z Tiefenbachgletscher do Venter Tal cd. (fot. Tomek Rakoczy)

Niższe partie zjazdu grupa pokonała więc w różnym stylu – jedynie Osuch i Seba (oraz Rhomet) nie odmówili sobie na koniec kilku widowiskowych skrętów i skoków między drzewami.

 Andrzej Osuchowski – off piste z Tiefenbachgletscher do Venter Tal (fot. Tomek Rakoczy)

Pot ciekł jednak ze wszystkich, a niektórzy – w tym ja – zaczęli obiecywać sobie pracę nad poprawą kondycji i zastanawiać się, jak poprawić technikę jazdy w faktycznie trudnych warunkach. Bodaj wszyscy jednak byli z przygody zadowoleni.

Tak czy tak, okazało się, że w ten sposób znaleźliśmy się aż 14 km od Sölden. Kiedy taksówką wróciliśmy do stacji, zapadła decyzja, by resztę dnia spędzić w snowparku.

 Sebastian „Seba” Litner w snowparku w Sölden (fot. Tomek Rakoczy)

A w menu obiadu znalazły się tym razem gigantyczne hamburgery z … tyrolskim speckiem i lokalną wołowiną oraz wyborne żeberka.
Skądinąd, jakże lekka okazuje się jazda po przygotowanych trasach…

PS. Więcej zdjęć oraz filmy z Austrostrady, czyli wyprawy po najlepszych freeride’owych stacjach austriackich Alp można znaleźć na stronie jej organizatora, czyli Austria Info.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. a na jakich nartkach była ta jazda off piste

  2. rzeczywiście zapiera dech w piersiach.

    P.S
    „Austro info” nie działa

  3. Już sprawdzam: można wpisać bezpośredni adres strony poświęconej Austrostradzie – http://snowtour.austria.info/

  4. Co zaś do nart: Andrzej Osuch Osuchowski zjeżdżal na Dynastarach 6th Sense Huge, Seba Litner na Majesty Superior, Tomek Rakoczy na Armada TST, Tomek Grzywiński na Rossignol Bandit 83. Sam jechałem na Rossingol Bandit 80 (wprawdzie dzięki uprzejmości PM Sport mam podczas tego wyjazdu do dyspozycji także Dynastary Legend Sułtan 85 Fluid, ale – błędnie, jak się okazało – założyłem, że na wyprawę w nieznany teren z prawdopodnymi kuluarami lepiej wziąć własne narty, do których jestem przyzwyczajony. Tymczasem choć w żlebie i puchu Rossignole Bandit sprawdziły się jak zwykle doskonale, to na końcówce II etapu w mokrym śniegu przydałaby się szersza „pod butem” narta – czyli właśnie Dynastar Sultan 85.

  5. 80 pod stopa to jest dobre na buraczane trasy, ale stanowczo za malo na puch. Nawet 85 to jest za malo. Widze, ze Autor jednak nie lubi nowinek, wiec musi odcierpiec swoje.

    Ja sie rok temu wybralem ze swoimi Salomonami Hurricane 172 cm (85 mm pod stopa) do Deer Valley w Utah. To sa bardzo dobre narty. Troche mniej sztywne od bardzo popularnych Salomonow Fury. Miejscowy przewodnik zabral mnie na trasy miedzy drzewa (tzw. glades) gdzie meczylem sie jak potepieniec przy kazdym skrecie. Po prostu narty tego typu, nawet dosc miekkie, nie sa w stanie plynnie wykonac skretu o promieniu jednego metra, co jest niezbedne pomiedzy drzewami. Trzeba wiec mocno forsowac skret kolanami, co po protkim czasie powoduje bol i zmeczenie zwlaszcza w dosc glebokim sniegu, jaki tam byl.

    Tak sie jednak zlozylo, ze w Deer Valley byla wypozyczalnia Rossignol, gdzie mozna bylo za darmo pozyczyc narty. Oczywiscie w celach promocji. Wyprobowalem wiec Rossignol S3 Koopman o dlugosciach 168, 177, i 186 cm. Szerokosc pod stopa prawie 10 cm. Spodziewalem sie jeszcze trudniejszego skretu. Ale stal sie cud. Na tych samych trasach, na ktorych Salomony Hurricane powodowaly bol i zmeczenie, jazda na Rossignolach S3 byla plynna, lekka, i przyjemna. Specjalnie pojechalem na te same trasy, zeby porownac rozne narty w identycznych warunkach. Po tym eksperymencie sprzedalem swoje Salomony na internecie i kupilem Rossignole S3 Koopman 177 cm.

    Cud polega na konstrukcji „rocker”. Juz to tutaj tlumaczylem, wiec nie bede powtarzal. Namawiam wszyskich narciarzy, zeby wyprobowali albo te narty, albo podobne Fischer Watea, ale tez szerokie. Inne firmy tez oferuja podobne narty. Naprawde warto. Wybieranie sie na nartach 80 mm w gleboki snieg to jest pomylka.

    Namawiam tez do wybrania sie na muldy na rozmaitych nartach. Oczywiscie trzeba miec wypracowana elementarna technike jazdy po muldach. Bardzo ciekawe jest porownanie rozmaitych desek. Ja bylem zaskoczony, ze na muldach wlasciwie nie czulem roznicy pomiedzy Head Mad Trix Mogul 171 cm (65 mm pod stopa) a Rossignol S3 (10 cm pod stopa). Pierwsze sa dosc sztywne i specjalnie przeznaczone na muldy, jak sama nazwa wskazuje. Zas drugie sa niby do parkow i na gleboki snieg. Jednak nic bardziej mylnego. Okazuje sie, ze konstrukcja „rocker” czyni cuda.

    Warto isc z postepem, przynajmniej w tym przypadku.

css.php