15.04.2011
piątek

Ten skok z Kasprowego…

15 kwietnia 2011, piątek,

Niemal każdy, kto wjeżdża kolejką linową na Kasprowy Wierch zna tę opowieść: oto podczas jeden z zakopiańskich kurierów podziemia miał na widok czekających na peronie górnej stacją gestapowców wyskoczyć z jadącego wagonika i puścić się na nartach kuluarem północnego zbocza – tzw. Żlebem pod Palcem. Niemcy strzelali, ale chybili (niektóre wersje mówiły też o psach puszczonych w pogoni za uciekinierem, które zabrała lawina). A odważny kurier przeżył wojnę i został ratownikiem.

Sam też wielekroć oglądałem z wagonika ten żleb, zastanawiając się, jak można nim zjechać i to jeszcze wśród gradu kul.

 Górna stacja kolejki na Kasprowy i północny żleb

I dopiero teraz trafiła mi w ręce książka, która wyjaśnia zagadkę. To „Sklep potrzeb kulturalnych” – zbiór opowieści o Podhalu, Tatrach i góralach autorstwa Antoniego Kroha, pisarza, tłumacza (ach, ta nowa wersja losów dobrego żołnierza Szwejka) i etnografa, wielkiego miłośnika tego regionu i jego mieszkańców. 

Jako że fraza Antoniego Kroha jest mistrzowska, najlepiej po prostu zacytować to, co pisze o skoku z kolejki na Kasprowy:

„Historia ta, chociaż przebrana w kostium akowsko-kurierski, ma wszelkie cechy ludowo-młodopolskiej legendy zbójnickiej. Odwołuje się do rzeczy powszechnie znanych i lubianych; może dlatego zdobyła sobie tak wielką popularność. Ma charakterystyczną stylistykę i dramaturgię: występuje w niej zwycięski heros, oprawcy, skały, rzecz dzieje się w miejscu doskonale widocznym i ogromnie malowniczym, do tego wyjątkowo śtrybnym, czyli niebezpiecznie stromym, aż ludziom gęby same otwierają się z podziwu. Rozgałęziła się w wiele ustnych wersji, opowiadanych przez przewodników i pracowników kolejki. Ma sporą literaturę: wywiady z bohaterem, relacje naocznych świadków, beletrystyka, czytanka szkolna, nawet fragment filmu.

Znałem ją wcześniej, jak każdy Polak interesujący się górami, ale bezpośrednią znajomość z nią zawarłem w parę miesięcy po przyjściu do Muzeum Tatrzańskiego. Byłem nowy. Jak wiadomo, z nowego należy przynajmniej raz zrobić durnia, taki panuje obyczaj, na przykład nowego ucznia posyła się do pokoju nauczycielskiego po cosinus, a potem śmiechu co niemiara. Ktoś wskazał mi mężczyznę w goprowskiej kurtce, że to właśnie on wyskoczył z kolejki, więc żebym jako historyk wypytał go o szczegóły i opracował to naukowo. Niewiele myśląc, podbiegłem do człowieka, przedstawiłem się i poprosiłem o spotkanie, bo chciałbym ustalić pewne fakty, związane z jego słynnym wyczynem. Spojrzał na mnie uważnie, podumał chwilę, sapnął, sprężył się wewnętrznie, a następnie zapytał, czy chcę w mordę. — Dziękuję, nie — odpowiedziałem uprzejmie. Na tym zakończyła się rozmowa, pozostawiając zrozumiałe uczucie niedosytu.

Więc następnego dnia poprosiłem Różę Drojecką, wspaniałą gadułę, wiele jej zawdzięczam, aby zechciała mi wyjaśnić, czemuż to mój rozmówca tak się rozeźlił. I usłyszałem, co następuje:

Józek był bardzo przystojnym chłopcem i świetnym narciarzem. Gdyby nie wojna, na pewno zostałby olimpijczykiem. Baby na niego leciały, jeszcze jak. Na Kasprowym Wierchu był posterunek niemieckiej straży granicznej, dowodził nim jakiś poczciwy Tyrolczyk, który miał córkę. No i zgadnij, drogi Antosiu, co było dalej. No, właśnie. Stary wynykał, że jego córka kręci z Józkiem, dowiedział się co za jeden, dopadł go na Krupówkach i odbył z nim zasadniczą rozmowę. Chciał rzecz załatwić jasno i uczciwie. Powiedział, że osobiście nic do niego nie ma, nie ma też nic przeciwko Polakom, ale jest wojna; jeśli gestapo się dowie, to dziewczyna skończy w Oświęcimiu za mieszanie ras, Józka rozwalą, a on sam pojedzie na front wschodni, skąd jak wiadomo się nie wraca. Więc jeśli kochasz dziewczynę, to jej nie narażaj. Skończy się wojna, to róbcie sobie co chcecie, ale teraz poczekajcie. Nie ty jeden ją kochasz.

Było to bardzo rozsądne postawienie sprawy, ale gadaj-że tu z młodym o rozsądku, a jeszcze w tych kwestiach. Zresztą, gdyby młodzi postępowali rozsądnie, to ludzkość dawno by wymarła, powiedzmy sobie otwarcie. No i drogi Antosiu, trzy razy księżyc odmienił się złoty, a tato już wiedział, że jego argumenty nie na wiele się zdały. Więc zasadził się na chłopaka. Udał że wyjeżdża, córka zawiadomiła Józka, że, jak wy to dzisiaj elegancko mówicie, dziupla wolna, próchno się wysypało. Józek wsiadł do ostatniej kolejki. Tymczasem tato zaczaił się z trzema kamratami, żeby mu spuścić manto. Józek wjechał na górę, zobaczył, kto na niego czeka na peronie, więc otworzył okno wagonika, trzymając się zewnętrznej barierki wysiadł na drugą stronę, a zanim trzej panowie obiegli budynek, przypiął narty i poszusował im przed nosem na Halę Gąsienicową do Brońci Bustryckiej. Gdyby go chcieli zastrzelić, zrobiliby to bez trudności, mieli go jak na patelni, ale nie myśleli robić mu krzywdy, tylko przepłoszyć. Oczywiście, nie byli to żadni gestapowcy, tylko grenzschutze, Tyrolczycy, zwyczajni ludzie.

 Stary wagonik kolejki na Kasprowy

Po wojnie Józek był świetnym ratownikiem i narciarzem, jako pierwszy w Tatrach Polskich zjechał w szelkach Grammingera, jako pierwszy wychował psa lawinowego, nikt mu tego nie neguje, ale kurierem nie był.

No, ale kiedyś przyjechała do Zakopanego delegacja ratowników francuskich, zdaje się z Chamonix, Józek się nimi opiekował, wjeżdżali na Kasprowy, pewnie wcześniej trochę wypili. Francuzi jak to Francuzi, zadzierali nosa, że we Francji wszystko najlepsze, więc Józka zeźliło. Chciał im zaimponować, opowiedział więc o tym skoku do żlebu, w końcu, Antosiu, przewodnicy są głównie od tego żeby opowiadać bajki, to należy do ich rzemiosła, im który lepiej bajdurzy, tym jest lepszym przewodnikiem panowie to uwielbiają. W takich chwilach nie chodzi przecież o prawdę historyczną.

Jesteś etnografem, zbierasz ludowe podania, ale chyba nie wierzysz w dziwożony i południce, Parandowski też chyba nie wierzy w Zeusa i Atenę, zresztą kto go tam wie, pomyleńców nie brak na tym świecie. Józek pięknie opowiedział o swoim wyczynie, on to potrafi, któryś z kolegów stał z boku, potwierdził i jeszcze dodał coś od siebie z najpoważniejszą miną. Francuzów zatkało, kazali sobie powtórzyć, na- pstrykali zdjęć, a potem w jakiejś francuskiej gazecie ukazał się wielki artykuł o Józku i jego bohaterskim wyczynie, związek byłych Maquis dal mu jakąś odznakę honorową. Jak się nasi podskakiewicze dowiedzieli, że mają w Zakopanem takiego bohatera, zaczęli na wyprzódki o nim wypisywać coraz to nowe dyrdymały. To było jak lawina, niepodobna było się wycofać, bo trzeba by odesłać Francuzom order, a to już byłaby gruba kompromitacja. Jak miał order francuski, zresztą to wcale nie był order, ale kto się w tym połapie, więc jak miał order francuski, to mu zaraz dali polski, a jak dali jeden, to zaraz potem dali drugi (ja dawno mówiłam, że ordery powinno się dawać tylko tym co już je mają, bo przynajmniej wiadomo, że zasłużyli. A ludzi nieodznaczonych nie powinno się odznaczać, pod żadnym pozorem, bo z tego potem jedno wielkie zawracanie głowy. Po jakimś czasie ci odznaczeni poumierają i nastanie święty spokój). Teraz Józek jest bohaterem narodowym, nie ma innego wyjścia, udziela wywiadów, ale jak go zaczepi o ten skok zakopiańczyk, to się denerwuje. Chciał ci dać w mordę, bo cię wziął za miejscowego, powinieneś się cieszyć. Myślał, że znasz całą prawdę i z niego drwisz.

Tyle Różyczka. Notuję jej opowieść, bo Różyczka jest już po Tamtej Stronie.
Historia skoku z kolejki natchnęła w latach sześćdziesiątych panów filmowców. Oczywiście nie znaleźli chętnego, który skoczyłby do żlebu, bo to pewna śmierć. Więc wymyślili, że w ich wersji kurier wyskoczy tuż nad Kuźnicami i zsunie się po gałęziach smreka na ziemię. Ówczesny najsławniejszy kaskader, magister Krzysztof Fus, podjął się roboty. Za pierwszym razem wszystko poszło prawie dobrze, ale z jakiegoś powodu trzeba było nakręcić dublę, Fus skoczył drugi raz, minął się ze świerkiem i wylądował w szpitalu. Od tego czasu pasażerowie kolejki pokazują sobie dwa miejsca. Jedno, gdzie skakał kaskader, i drugie, gdzie kurier”.

 Józef Uznański

A bohaterem pięknego tatrzańskiego mitu – który zresztą do dziś powtarzają w najlepsze nawet niektórzy przewodnicy – był faktycznie legendarny narciarz i ratownik Józef Uznański.

Zaś „Sklep potrzeb kulturalnych” (ostatnie wydanie: Prószyński i S-ka, 2010) warto przeczytać także dla innych górskich opowieści.

Komentarze: 6

Dodaj komentarz »
  1. Jak mnie pamięć nie myli, to ta historia z kurierem była przedstawiana na lekjach historii w podstawówce jako prawdziwa (lata sześćdziesiąte). A gdyby tak wyczyny niektórych „styropianowców” w rzeczywistym świetle pokazać, to byłby dopiero ubaw.
    Znakomicie opowiedziane.

  2. Ciekawi mnie, czy panu Józefowi udało się po wojnie spotkać z tyrolską narzeczoną, czy też papa z kamratami skutecznie wybili mu amory z głowy?

  3. Wojne przedstawialo sie czasem z humorem („filmy „Gdzie jest general”, „Jak rozpetalem II wojne swiatowa), moze i dobrze. „Ubaw” to nie byl (wpis pierwszy w komentarzach). Po obu stronach ginely miliony; troche sensacji i naszej sarmackiej innosci to cechy „wybranej nacji” – tak sie lepiej czujemy. W zeszlym tygodniu bylem w Ginzling, malej wsi (ca 150 mieszkancow) w bocznej dolinie od gornego Zillertal. W cenrum stoi kapliczka z tablicami – nazwiskami poleglych w obu wojnych tubylcow w obu wojnach, po 15 typowych nazwisk (Geisler, Klausner, Fankhaeuser) mlodych – 18-30 lat – Tyrolczkow.
    Na lodowcu w Hintertux za to wsrod miedzynarodowej komuny narciarzy mnostwo milych mlodych Polakow, czesto z rodzinami, czesto dobrze mowiacych po niemiecku (nie tyrolsku). Lepiej sie spotykac w sporcie, kulturze i jako turysci. Nie trzeba skakac z gondoli, i nie ma mezaliansow w naszej Europie.
    Serwus, K.S.

  4. @karol sawicki
    piszac ubaw, nie mialem na mysli wojny, tylko naszych bohatwrow z lat osiemdziesiatych, ktorzy strajki przesiedzieli na chorobowym, a dzisiaj udaja tych, kim nie byli
    na przeleczy stilfserjoch sa dwa groby zolnierzy szwajcarskich z pierwszej wojny, ktorzy mieli to niscczescie znalezc sie na froncie pomiedzy wojskami austriackimi i wloskimi
    pozdrawiam

  5. A ja byłem parę lat temu na nartach w Dolomitach.
    Byłem po kontuzji,więc gdy moja grupa jeżdziła,ja włóczyłem
    się po okolicach.Pewnego dnia w małej wiosce znalazłem
    mały kościół na wzgórzu,a przy nim cmentarz z czasów
    wojny 1914-1918.Były groby żołnierzy austriackich i włoskich.
    Na masztach wisiały flagi włoska i austriacka,a w środku
    unijna.
    I powiedzcie mi teraz,czy w naszym kraju jest możliwy taki
    wspólny cmentarz z flagami polską,niemiecką i unijną?
    A polsko-rosyjski?

  6. to mój ulubiony fragment: ordery powinno się dawać tylko tym co już je mają, bo przynajmniej wiadomo, że zasłużyli. A ludzi nieodznaczonych nie powinno się odznaczać, pod żadnym pozorem, bo z tego potem jedno wielkie zawracanie głowy. Po jakimś czasie ci odznaczeni poumierają i nastanie święty spokój

css.php